Krwawy Świt – tom I

Krwawy Świt
Tom I

Opowieść w czterech tomach spisana

Spis treści:
Tom I – Rozdział I: Pierwsza Potyczka
Tom II – Rozdział II: Sen, Rozdział III: Gorejąca Nadzieja
Tom III – Rozdział IV: Decydujące Starcie
Tom IV – Rozdział V: Długi Marsz, Epilog: Krwawy Świt

Rozdział I
Pierwsza potyczka

Aurora

Kołysząc się powoli na wody przestworze
Rzekłem cicho ze statku wpatrując się w morze:
„Żegnaj, Wyspo, ty smutków gorzkich mych przyczyno
Zabrałaś mi przyjaciół, mnie samego żywiąc.

Niech już nigdy więcej ja cię nie zobaczę,
Na wschód, gdzie do domu droga prosta wiedzie
skieruję żagle i nieprzyjaciołom moim win wybaczę
Samotność to sprawiła – nikt już wrogiem mi nie będzie.”

Samotny nawet spierać z nikim się nie może
Słów zbytecznych łańcuchy rzucane są w morze…
Lecz cóż to? Nad widnokręgiem blask jaki migocze.

Czy to gwiazdy? Nie. Z Portu dawnej opowieści przypomnienia
pora: Zjawisko ponoć złego jest zwiastunem,
A zwie się Aurora.

Odszedłem od burty szabrownika. Śmierć towarzyszy tym gorsza, że nie jestem w stanie stwierdzić jej przyczyny. Samotny rejs wzdłuż ogromnego, niegościnnego kontynentu z rzadka umożliwiającego przybicie do brzegu choćby niewielkim statkiem. To wszystko było ponad moje siły. Chciałem krzyczeć, ale jako, że nikt mnie nie słuchał to nie miało to sensu. Czułem się pokonany: samotny, z daleka od znanych krain z trudem zmuszałem się do upartego płynięcia na wschód. Od kiedy opuściłem Port Gallagher nie miałem nawet możliwości porozmawiać z kimkolwiek – w naszym czy też innym języku. Choć korzystanie z innego języka niż ten zwyczajny, w którym to piszę wydaje mi się nieprawdopodobne to miałem okazję w czasie wyprawy zobaczyć, że innojęzycznych nie ma potrzeby się obawiać. Dziś wieczorem minąłem jakiś port o obco brzmiącej nazwie. Mogłem tam zajrzeć, ale uznałem, że raczej nie spotkam tam nikogo, z kim będę mógł się łatwo dogadać i nie ma to większego sensu. Zabudowania portowe niemal całkiem zniknęły w oddali. Teraz najważniejsze to dotrzeć spowrotem do domu i zawieźć ciała przyjaciół w miejsce, gdzie będzie można urządzić im godny pochówek.
Z trudem radzę sobie z samotnym sterowaniem statkiem. Płynąc dzisiaj zauważyłem, że jeden z żagli zaczyna się pruć. Pewnie kapitan zwróciłby na to uwagę dużo wcześniej i nakazałby mi szybko naprawić tę niedoskonałość. Nie mogę ryzykować utraty żagla w przypadku silnego wiatru. Jak w takiej sytuacji dotarłbym do domu? Zdecydowałem zatrzymać się na noc by zaszywaniem dziury zająć się od jutrzejszego ranka. Póki co pora spać. By utrzymać należytą sprawność fizyczną nie mogę się przecież w takim wieku przemęczać.
Przy pomocy zwisających tu i ówdzie lin szybko zwinąłem żagle – nauczyłem się nieco od kapitana i poszło mi to nad wyraz sprawnie. Zmęczony kolejnym dniem odysei momentalnie zasnąłem łagodnie kołysany przez fale. Nieświadomy niebezpieczeństwa czekałem na zagrożenie.
Z miniętego wcześniej portu pod osłoną nocy wypłynął szabrownik „Zachodnia Bryza” kierując się w stronę mojego okrętu. Nie było na nim jednak ludzi mówiących naszym językiem. Tak czy inaczej ciemne postacie na pokładzie nie mówiły niczego, chcąc niepostrzeżenie podpłynąć w pobliże mojego statku. Pięcioro uzbrojonych po zęby piratów z żądzą mordu w oczach. Płynęli z nadzieją szybkiego zaszlachtowania załogi i przejęcia dóbr. Sami zbyt prymitywni, by stworzyć cokolwiek zajmowali się grabieżą przywłaszczając sobie owoce cudzej pracy po uprzednim zabiciu wszystkich których napotkali na drodze. Zauważyli ze swojego portu zakotwiczony statek, więc zwietrzyli kolejną okazję na zarobek. Szybko zorganizowali grupę do abordażu i ustawili kurs wprost na mój statek. Zagrabiony szabrownik ciął szybko fale płynąc przed siebie. Rejs poszedł na tyle sprawnie, że już w środku nocy rzucili kotwicę zatrzymując się tuż obok okienka-włazu umiejscowionego na dolnym pokładzie mojego szabrownika, który zwykle służył właśnie do wpuszczania na pokład ludzi z mniejszych jednostek pływających. Spuszczono szalupę i czwórka piratów podpłynęła do okienka. Jako, że właz nie był zablokowany momentalnie dostali się przezeń na korytarz umiejcowiony pod pokładem, na którego drugim końcu znajdowały się schody na powierzchnię. Spiesznie go przebyli, pokonali jeszcze tylko otwartą klapę w suficie na końcu schodów i stanęli na pokładzie.
Obudził mnie odgłos, który dobrze znałem jako wbijanie strzały w drewno. Otworzyłem oczy i z zaskoczeniem istotnie zauważyłem strzałę wbitą w ścianę nadbudówki centymetry nad moją głową. Spojrzałem na kierunek, z którego nadleciała po czym momentalnie zasłoniłem się leżącą pod ręką tarczą. Druga strzała, która niewątpliwie wbiłaby się w mą pierś z brzękiem odbiła się od puklerza. Przyciśnięty do ściany znajdującej się za moimi plecami i jednocześnie z przodu osłonięty tarczą stojąc na współ ugiętych nogach wychyliłem głowę zza osłony i spojrzałem na napastników. Były to cztery uzbrojone osoby: łuczniczka, dwóch mężczyzn uzbrojonych w miecz oraz jeden trzymający pokaźny topór bojowy. Trzech z nich pokonało już połowę drogi od klapy na pokładzie do miejsca, w którym stałem. Łuczniczka pozostała z tyłu celując we mnie z łuku. Kolejna strzała przeszyła powietrze i po zderzeniu z moją tarczą wylądowała złamana na pokładzie. Schyliłem się i szybkim ruchem podniosłem z ziemi dwuręczny miecz kapitana, który mimo iż dotychczas przeze mnie nieużywany trzymałem zawsze w pobliżu. Kferrum – mój wierny miecz jednoręczny – pozostał w pochwie. Dwuręczniak z ciemnego, twardego metalu połyskiwał dziwnie w blasku Księżyca. Stanąłem w wytrenowanej pozycji obronnej z mieczem trzymanym oburącz nad głową, tymczasem trzech piratów z bronią gotową do działania zatrzymało się kilka kroków przede mną mierząc mnie wzrokiem. Mogłem się im lepiej przyjrzeć: pierwszy od lewej był nienaturalnie chudy i trzymał w ręku miecz półtoraręczny. Twarz drugiego wyglądała na przeoraną przez jakąś dziwną chorobę w rodzaju ospy lub niedawno pogryzioną przez pszczoły. Patrzył na mnie z tępą nienawiścią trzymając topór bojowy podniesiony do zadania śmiertelnego ciosu. Twarz trzeciego z kolei najbardziej przywodziła mi na myśl psa bulldoga, tak też nazwałem go sobie w myślach, a w jego rękach znajdował się miecz dwuręczny, choć nie tak kunsztownie wykonany jak ten dzierżony przeze mnie. Ospowaty powiedział coś niewyraźnego do towarzyszy, po czym Chudy zaczął bardzo powoli okrążać mnie od boku. Pozostałych dwóch również z bronią przygotowaną do ataku zaczęło przystępować do mnie od frontu. Oddychając spokojnie obserwowałem ich powolne ruchy czekając na moment, w którym wszyscy rzucą się na mnie. Sekundy mijały na nerwowym oczekiwaniu. Kątem oka dojrzałem, iż Chudy stanął już niemal pod ścianą nadbudówki wprost na lewo ode mnie. Uznałem to za niesprzyjające ustawienie i zdecydowałem się zaatakować pierwszy. Rzuciłem się naprzód tnąc z całej siły od góry w Bulldoga. Uderzyłem z całą siłą, jaką w sobie znalazłem. Mój miecz zatrzymał się na mieczu Bulldoga kilka centymetrów od jego twarzy. Wiedząc o pewnym ciosie ze strony Ospowatego odskoczyłem w prawo, cały czas stojąc przodem do przeciwników. Usłyszałem świst powietrza przecinanego przez ostrze topora. Siła nietrafionego uderzenia wbiła topór w podłogę pokładu uniemożliwiając jego szybkie wyciągnięcie. Chciałem wykorzystać chwilę bezbronności przeciwnika, jednak Bulldog rzucił się na mnie z mieczem gotowym do pchnięcia. Zrobiłem krok w tył i odbiłem jego miecz w bok przechodząc do kontry. Ciąłem miękko od boku, ale Bulldog był dość szybki i zablokował cios. Miałem teraz ścianę nadbudówki o kilka kroków po stronie lewej ręki. Ponowiłem atak widząc jednocześnie, że chudy pirat stara się znowu zajść mnie od boku. Bulldog zachwiał się, jednak zablokował moje ukośne cięcie. W tym momencie Chudy wyprowadził potężne uderzenie znad głowy. Po poprzednim ataku nie wróciłem do pozycji wyjściowej i nie miałem szansy go zablokować, więc w ostatniej chwili odskoczyłem w bok. Opadający miecz świsnął mi koło lewego ramienia rozcinając rękaw koszuli. Wybiło mnie to z rytmu. Bulldog starał się wykorzystać okazję i wyprowadził poziome cięcie, które bez trudu odbiłem. Do nacierających ponownie dołączył Ospowaty. Znowu miałem Chudego po lewej, po środku Ospowatego a Bulldoga z prawej. Ospowaty z wrzaskiem zamachnął się swoim toporem. Uderzył poziomo na wysokości głowy. Bulldog odskoczył na bok, by nie dostać przypadkiem toporem i rozszerzyć szerokość natarcia. Schyliłem się by uniknąć katowskiego cięcia i spróbowałem uderzenia w nogi Ospowatego. Ten odskoczył, jednak w tym samym momencie cios wyprowadzili dwaj pozostali piraci. Wyprostowałem się, odbiłem dwa ciosy i przygotowałem się do kolejnego bloku. Od łuczniczki nie dzielił mnie teraz żaden z przeciwników, więc szybko zerknąłem by spojrzeć, czemu ostrzał nie następuje. Obracając głowę w prawo kątem oka zobaczyłem coś gorszego: ktoś jeszcze prawdopodobnie stał mi za plecami szykując się do zdradzieckiego ciosu. Zrobiłem błyskawiczny obrót o kąt półpełny i próbowałem zasłonić się mieczem przed ciosem czwartego mężczyzny. Częściowo zamortyzowałem uderzenie topora, jednak ten nie wytracając jeszcze całej swej prędkości trafił mnie w lewe przedramię tworząc powierzchowną ranę i powalając na ziemię. Cała czwórka stanęła nade mną z podniesioną bronią. O braniu jeńców nie mogło być mowy. W ułamku sekundy przez moją głowę przeszły setki pomysłów. Wybrałem, jak sądzę, najlepszy z nich. Obróciłem głowę w stronę górnego pokładu nad nadbudówką i krzyknąłem: „Pomocy! Chodźcie!”. Piraci pewnie nic z moich krzyków nie zrozumieli, ale obrócili głowy w stronę, w którą patrzyłem. Nie mogli mieć pojęcia, że jestem na statku sam i pewnie spodziewali się walki z resztą załogi. Na to tylko czekałem. Z całej siły kopnąłem obitym stalą butem Ospowatego w kostkę. Ten wrzasnął i zachwiał się na Bulldoga. Nie zważając na mą ranę błyskawicznie zerwałem się na nogi jednocześnie ramieniem odpychając Chudego i ile sił w nogach zaszarżowałem wprost na łuczniczkę. Była zdezorientowana, wyciągnęła z kołczana strzałę, lecz ja pokonałem już połowę drogi. Nerwowo założyła strzałę i rozciągnęła łuk, lecz ja byłem już przy niej. Ciąłem z całej siły. Zasłoniła się łukiem, lecz miecz bez trudu przepołowił go na dwa żałosne kijki nie zwalniając ani trochę. Miecz trafił w obojczyk, przeciął kość i zatrzymał się kilkanaście centymetrów niżej. Łuczniczka upadła zalewając się krwią. Wiedziałem, że nie jest to cios śmiertelny, lecz czułem już niemal oddech kilku biegnących za mną piratów.
Byli to Bulldog i Chudy. Czwarty klęczał obok wrzeszczącego trzymającego się za skręconą kostkę Ospowatego i krzycząc coś niezrozumiale. Bulldog warknął do towarzysza, ten zaczął obchodzić mnie zbliżając się do ciężko rannej łuczniczki. Bulldog chcąc odwrócić moją uwagę natarł tnąc z lewej. Sparowałem cios i skontrowałem. On był dość szybki i zablokował mój miecz. Wyprowadziłem kolejny cios. Znowu go zablokował. I kolejny, później kolejny i jeszcze następny. Czułem coraz większe zmęczenie, dłonie omdlewały od wymachiwania ciężkim mieczem, ale nie zwalniałem tempa. Zerknąłem w stronę Chudego, ten wykorzystał moje zaabsorbowanie i trzymając w ramionach ranną łuczniczkę znikał właśnie na schodach prowadzących na dolny pokład. Spojrzałem na ułamek sekundy w drugą stronę. Tam Ospowaty podtrzymywany przez Czwartego starał się przebyć drogę od miejsca nabawienia się kontuzji do otwartej klapy w pokładzie, w której dopiero co zniknął Chudy. Tymczasem Bulldog odpierając mój kolejny cios odepchnął mnie i przeszedł do ofensywy. Blokowałem kolejne cięcia i pchnięcia, lecz wyprowadzał je niestarannie i bez przekonania – czułem, że on też jest zmęczony i czeka tylko na możliwość wycofania się. Spojrzał na klapę w podłodze i zobaczył znikających w niej dwóch piratów. Uznał, że czas na niego, warknął coś groźnie i idąc przodem do mnie odszedł kilka kroków w kierunku schodków. Byłem potwornie zmęczony, nie atakowałem. Widząc, że go nie gonię obrócił się na pięcie i zbiegł po schodach przez klapę w podłodze. Odczekałem chwilę, podbiegłem do wejścia na dolny pokład i zdecydowanym ruchem zamknąłem klapę w podłodze. Następnie klapę zablokowałem ciężką żelazną sztabą i wyczerpany padłem bez ducha na pokład.
Obudziło mnie stukanie. Miałem zły sen, który na szczęście rozwiał się z nadejściem poranka. Otwarłem oczy. Wiał zachodni wiatr, idealny sprzymierzeniec do kontynuowania wyprawy. Spojrzałem na wschód. Wstawał krwawy świt, promienie czerwonawego słońca delikatnie lizały statek. Rozejrzałem się po pokładzie i poczułem ból w ramieniu podnosząc się z ziemi. Spojrzałem na nie. Krew wydobywająca się spod rozerwanej tkaniny płaszcza już zaschła, ale nie przypominałem sobie, skąd się wzięła. Moje myśli rozproszyło ponowne pojawienie się tajemniczego stukania, tym razem znaczenie głośniejszego. Obróciłem się w stronę źródła dźwięku, a moje plecy przeszedł dreszcz. Prowadząca na dolny pokład zamknięta klapa podnosiła się miarowo tak jakby ktoś uderzał w nią z drugiej strony, tylko żelazna sztaba powstrzymywała kogoś, kto był po drugiej stronie. Wydarzenia wczorajszej nocy – jak najbardziej prawdziwe – stanęły mi przed oczami. Ten koszmar wcale nie był snem, to wszystko działo się naprawdę. Odparłem pierwszy atak, ale teraz jestem oblężony na statku. Bez nadziei na pomoc, bez nadziei na zwycięstwo czy ucieczkę.
Bez nadziei.
Piraci sprowadzą wsparcie i wykorzystując przewagę liczebną w końcu mnie zabiją. Noc nie będzie mogła być już moim sprzymierzeńcem. Jeśli wedrą się na pokład to niemal od razu zauważą, że jestem sam. Nie uda mi się ponownie nastraszyć ich i zmusić do ucieczki.
Prawda niczym upadające sklepienie niebieskie przygniotła mój umysł.
„Nie mam szans na przeżycie.”
Ta myśl sprawiła, że niemal ugięły się pode mną kolana. Odpędziłem ją i zamiast tego zacząłem gorączkowo myśleć co zrobić, by – jeśli nie pokonać piratów – to stawiać im opór jak najdłużej i przynajmniej jakimś zajęciem odgonić czarne myśli. Przemyślałem kolejne możliwości: ucieczka słupem odpada, ponieważ nie dość, że ciężko mi się będzie do niego dostać to piraci bez trudu dogonią mnie i zabiją. Na pewno mają więcej szalup na swoich okrętach. Poza tym nie mogę zostawić statku, który mi powierzono, bez walki. Gdy tylko najeźdźcy przełamią blokadę w postaci klapy to dłuższa wymiana ciosów skończy się dla mnie niechybną śmiercią. Pozostała jedna możliwość: zgromadzić jak najwięcej potrzebnych rzeczy w kajucie i zabarykadować się w środku. Stamtąd będę mógł wychodzić w nocy na krótkie wycieczki by niemal bez ryzyka razić wrogów. Optymistycznie myśląc piraci po kilku dniach oblężenia zrezygnują lub narażą się na ciężkie straty. Czułem, że optymistyczne myślenie to coś, co przed chwilą na zawsze utraciłem, ale to był obiecujący pomysł. Trzeba go było tylko wprowadzić w życie. Nie zważając na dotkliwy ból ramienia zabrałem się za zbieranie pakunków, przedmiotów i stert surowców oraz przenoszenie ich do kajuty kapitana, która ze względu na odpowiedni rozmiar i bogate wyposażenie wydała mi się najlepszym punktem oporu. Zajęło to niemal całe przedpołudnie, ale ostatecznie wszystko zostało uporządkowane. Paczki z surowcami ustawiłem tak, że wystarczyło je nieznacznie przesunąć, by blokowały drzwi wejściowe do kajuty, więc w razie czego mogłem się tu skrywać nawet po utracie zamka w drzwiach. Postanowiłem trochę odpocząć póki piraci nie włamali się jeszcze na pokład. Po kolei zajrzałem do pozostałych pomieszczeń na statku.
Wypada w tym momencie powiedzieć co nieco na temat samego szabrownika. Statek był smukły i długi. Dziób nieco uniesiony w górę, w tamtym miejscu także pokład był nachylony pod niewielkim kątem. Blisko dzioba znajdowała się klapa na dolny pokład, której wyważaniem zajmowali się piraci. Mniejwięcej w połowie drogi między dziobem a nadbudówką umiejscowiony był największy maszt z żaglami. Przy dziobie znajdował się niewielki żagielek, a na nadbudówce koło kajuty kapitana był trzeci, średni maszt. Na nadbudówkę wchodziło się schodami przy lewej lub prawej burcie. Pomiędzy tymi parami schodów można było zobaczyć drzwi do dwóch kajut oddzielone schodkami w dół prowadzącymi pod pokład. Kambuzu, czyli pomieszczenia mającego szansę stać się w przyszłości kuchnią pokładową za życia kapitana używałem jako pomieszczenia noclegowego. Miejsce to nie miało nigdy i już chyba nie będzie miało okazji sprawdzić się w zgodnie ze swoim przeznaczniem. Było całkowicie puste, a ja od dawna tu nie zaglądałem. Ostatnio spałem na zewnątrz pod drzwiami wejściowymi, by mieć na oku cały statek. Po lewej od drzwi do kambuzu (stojąc na zewnątrz na wprost nich), blisko prawej burty statku, znajdowały się prawe schody na nadbudówkę, na której stał ster i samotna kajuta kapitańska. Do ładowni będącej pojedynczym odizolowanym pomieszczeniem pod pokładem schodziło się stromymi schodkami na prawo od drzwi kuchennych. Schody te znajdowały się na osi symetrii statku. W ładowni znalazłem i zabrałem trochę żelaza, które na pewno się przyda. Na prawo od tego miejsca niemal symetrycznie do kambuzu znajdowały się drzwi do pomieszczenia na narzędzia, które także było już puste. Pomiędzy tymi drzwiami a burtą znajdowały się drugie schody na nadbudówkę.
Zmęczony ciężką pracą fizyczną, dotkliwym słońcem i osłabiony wczorajszymi ranami wszedłem do kajuty kapitańskiej, położyłem żelazo z którego zamierzałem zrobić zamek, zablokowałem drzwi pakunkami i rzuciłem się na na cienki, futrzany pled. Było mi wszystko jedno, co zrobią piraci. Zasnąłem.
Obudziłem się wypoczęty, a uszkodzenia skóry zaczeły się zabliźniać. Chwyciłem dwuręczniak kapitana w lewą rękę, odsunąłem paczki i wyjrzałem na zewnątrz. Było popołudnie. Statek został odprowadzony przez piratów do ich portu, a bandyci wypoczywali na pokładzie lub zajmowali się wyłamywaniem zamków do innych kajut. Z nadbudówki wszystko było dobrze widoczne, z kolei oni zajęci pracą chyba mnie nie zauważyli. Doliczyłem się czterech osób. Chwyciłem miecz w dwie ręce i czekałem, aż mnie zauważą. Jeden z piratów, chyba najmłodszy z nich, który nie brał udziału w nocnym napadzie podniósł głowę i zauważył mnie. Wyciągnął swą szablę i krzycząc na resztę zaczął wbiegać na schodki przy prawej burcie. Stanąłem na schodach czekając z mieczem podniesionym w górę. Gdy przeciwnik był już na piątym schodku licząc od góry zaatakowałem. Uderzyłem z całej siły znad głowy. Pirat zasłonił się szablą, lecz cios sprawił, że zachwiał się i spadł na plecy ze schodów dotkliwie się obijając. Już miałem zbiec za nim by go dobić, gdy zobaczyłem dwóch bandytów wbiegających po schodkach przy drugiej burcie. Zgadłem, że chcą dostać się do mojej kajuty-kryjówki, by uniemożliwić ucieczkę. Odwróciłem się i biegiem powróciłem do kajuty. Zatrzasnąłem za sobą drzwi, odrzuciłem miecz i zastawiłem je swoim ciałem dostawiając dodatkowo kilka paczek z lekarstwami. Ktoś naparł na drzwi z drugiej strony próbując je wyważyć. Bez trudu udało mi się wytrzymać siłę uderzenia, a nacierający zdołali jedynie na ułamek sekundy zrobić niewielką szparę między drzwiami a futryną. Drugie uderzenie podobnie. Trzecie odczułem najmocniej, prawdopodobnie cała trójka uderzyła w jednym momencie. Zobaczyłem, że drzwi otwierają się nieco, a przez dość dużą szparę do środka wsuwa się ręka. Widząc to zebrałem wszystkie siły i mocniej docisnąłem drzwi spowrotem. Drzwi przymknęły się, a mężczyzna, którego ręka została przygnieciona przez drzwi wrzasnął. Pożałowałem, że wypuściłem miecz z rąk, bo pirat bez dłoni byłby zawsze mniejszym zagrożeniem. Sięgnąłem po mój drugi miecz, wyszarpałem go z pochwy, lecz dwóch pozostałych piratów uderzyło w drzwi kolejny raz umożliwiając trzeciemu cofnięcie ręki. Próbowali jeszcze pojedynczo kopać lub wyważać drzwi, ale na nic się to zdało. Otarłem pot z czoła i schowałem oba miecze do pochew: jednoręczny przy pasie a dwuręczny na plecach. Po dostawieniu wystarczającej liczby paczek blokujących wejście usiadłem na pledzie.
Wiedziałem, że moja sytuacja jest niesłychanie trudna, ale nie myślałem, że nawet krótka walka sprawi takie problemy. To ja działałem z zaskoczenia, a jednak praktycznie nie udało mi się zranić nikogo z napastników. Zanosi się na długie oblężenie, a wyniku nie sposób przewidzieć. Już więcej tego dnia nie opuszczałem mojej kryjówki. Najpierw wstawiłem zamek do drzwi, a w wolnym czasie zająłem się konserwacją mieczy i narzędzi lub sadzeniem herbaty w skrzynkach. Po zakończeniu pracy rzuciłem się na pled i niemal natychmiast zasnąłem. Kolejny dzień także przesiedziałem w kajucie. Wyszedłem dopiero w nocy zamykając za sobą drzwi na kłódkę.
Pokład był pusty. Po obejrzeniu całego statku stwierdziłem, że zamki we wszystkich kajutach zostały wymienione. Wyjąłem łom i zabrałem się za wyłamywanie kłódki, którą zamknięta była ładownia na dolnym pokładzie. Cały czas musiałem nasłuchiwać: czy coś nie dzieje się po drugiej stronie drzwi, czy ktoś nie chodzi po porcie, czy nie skrzypią drzwi sąsiedniej kajuty. Każdy najmniejszy szmer czy dziwnie brzmiący plusk fal sprawiał, że serce pochodziło mi do gardła, a ręce zaczynały się trząść. Po kilku godzinach ciężkiej pracy kłódka nie puściła, ale została znacznie wygięta. Cały w nerwach wróciłem do kajuty przed świtem, wcześniej oczywiście zdjąłem moją kłódkę w drzwiach. Odetchnąłem dopiero będąc w środku. Jeśli tak wyglądała pierwsza noc to chyba zdążę umrzeć na zawał nim dopadną mnie te bestie. Po nieprzespanej nocy ręce straszliwie mi ciążyły i momentalnie ogarnął mnie słodki sen.
Obudziłem się po południu lub wieczorem. Nie mogłem w żaden sposób tego rozsądzić, ponieważ jedyne maleńkie okieneczno bez względu na porę dnia wpuszczało ledwie tyle światła, by cokolwiek zauważyć. Nawet w słoneczny dzień otaczał mnie półmrok. Powstałem przecierając zaspane oczy i siadłem do posiłku. Musiałem oszczędzać jedzenie, więc dzienną porcję sucharów jadłem mniej więcej co drugi dzień. To paskudztwo zwykle nie smakowało zbyt dobrze, ale najlepszym kucharzem jest głód – nie jadłem już prawie od trzech dni. Po spożyciu skromnego… Obiadu? Kolacji? byłem gotów do ponownego rozejrzenia się po pokładzie.
Wyszedłem cicho jak kot. Rutynowo założyłem kłódkę na drzwi i rozejrzałem się. Na pokładzie stał tylko jeden młody pirat: ten, którego dzień wcześniej zrzuciłem ze schodów. Tym razem szablę w jego rękach zastąpił topór – widocznie liczył, że większy kawał żelastwa da mu większe bezpieczeństwo. Upewniłem się, że nie ma nikogo więcej i zbiegłem do niego. Wyglądał na zdenerwowanego, palce aż zbielały mu od ściskania topora. U mnie natomiast wszystkie emocje znikły jak nożem uciął. Odprężyłem się, jednym zamaszystym ruchem zdjąłem miecz dwuręczny z pleców i stanąłem naprzeciw niego w pozycji wyjściowej. „Nie zaczął jeszcze wołać pomocy, widać strach odjął mu logiczne myślenie lub chce się zemścić za to, że tak potwornie dał się dzień wcześniej okpić.” – pomyślałem. Zrobiłem szybkiego młyńca mieczem, on spróbował zrobić to samo toporem o mało nie upuszczając swojej broni. Podniosłem miecz i czekałem. Mierzyliśmy się wzrokiem, w końcu nie chcąc przedłużać pojedynku ponad miarę zaatakowałem. Nie zważając na jego przygotowany to ciosu topór podbiegłem tych kilka dzielących nas kroków. Ciął płasko na wysokości piersi, ale taki cios przewidziałem bez trudu zawczasu rzucając się na ziemię. Kucałem lewą ręką podpierając się, natomiast prawą wyprowadziłem płaski zamaszysty cios zza siebie na wysokości kolan. Nie postarałem się i atak był zbyt powolny, przeciwnik zdążył odskoczyć w tył. Podniósł topór planując doskoczyć do mnie i uderzyć znad głowy. Powstałem i czekałem aż się zbliży. Chwilę przed tym, jak potężny cios miał na mnie spaść zrobiłem jeden kroczek w lewo. Młodzian nie opanował bezwładnego topora, który wbił się w drewniany pokład w miejscu, w którym przed sekundą stałem. Zadałem lekki błyskawiczny cios w udo. Pirat nie zdążył odskoczyć. Ostrze zagłębiło się w jego ciele tworząc głęboką ranę. Upadł na ziemię i wrzasnął coś ile sił w płucach starając się odpełznąć ode mnie. Mając za plecami drzwi do wielu kajut nie mogłem ryzykować spotkania z, na przykład, piratem posiadającym łuk czy kuszę. Biegiem wspiąłem się na nadbudówkę przeskakując po kilka schodków naraz, zdjąłęm kłódkę i wkroczyłem do mojej kryjówki zatrzaskując za sobą drzwi oraz oczywiście blokując je. Zostawiłem za sobą drącego się w niebogłosy pirata leżącego w rozszerzającej się kałuży własnej krwi. Miałem nadzieję, że ta rana była śmiertelna, w końcu w tamtym miejscu znajduje się tętnica przez którą przepływa bardzo dużo krwi. Nie mogłem jednak popadać w zbytni optymizm. Pewnie zaalarmowani piraci już zajęli się rannym, a nawet jeśli ten umrze to pozostała do zabicia cała chmara podobnych jemu potworów. Zabrałem się do czyszczenia zakrwawionego miecza, lecz znużyło mnie to i prędko zasnąłem. Obudziłem się prawdopodobnie rano. Nie chciałem ryzykować wychodzenia z mojej kajuty dzień po ataku na jednego z nich. Podejrzewałem, że czekają tylko na mój nieostrożny ruch. Nie mając nic innego do roboty zacząłem pisać. Czas minął mi w ten sposób do wieczora. Przez szparę w drzwiach wyjrzałem na zewnątrz. Było ciemno, zdecydowanie zapadł już zmrok i mogłem rozpocząć pracę. Podszedłem do wyłamywanej dwa dni wcześniej kłódki i kontynuowałem pracę. Pot sciekał mi z twarzy, podejmowałem próby wyłamania kłódki raz za razem, a choć ręce zaczynały odmawiać mi posłuszeństwa to motywowała mnie myśl, że każda kolejna próba zbliża mnie do sukcesu. Zakończyłem pracę nad ranem, jak zawsze zdjąłęm kłódkę i zabarykadowałem się środku mojej kajuty. Położyłem się na pledzie i zamknąłem oczy. Spałem jak dziecko. Obudziłem się po kilku godzinach. Zdecydowałem, że to właściwy moment na kolejną wycieczkę. Pogryzłem przygotowane na ten dzień suchary i wyszedłem z kajuty. Pierwsze co zobaczyłem to rażące w oczy południowe słońce. Zasłoniłem oczy ręką i z podwyższenia nadbudówki ogarnąłem wzrokiem cały pokład. Byłem niemal pewien, że nie ma nikogo. Nie zamykając mojej kajuty zszedłem bezszelestnie po schodkach i rozejrzałem się jeszcze raz: rzeczywiście nikogo nie było. Jedyny ślad bytności ludzkiej była to duża plama zaschniętej krwi pozostawiona przez ranionego młokosa. Spojrzałem na drzwi z wyłamywaną przeze mnie kłódką i skonfudowany aż uderzyłem się pięścią w głowę. Kłódka była wymieniona, nowiutka i lśniąca. Oznaczało to, że dziś w nocy będę musiał rozpocząć pracę od początku. Splunąłem i wróciłem do mojej kajuty. Podlałem herbatę, która pięknie rosła zasadzona w skrzynkach jak gdyby nie widziała nic niestosownego w braku światła. Dalszy czas poświęciłem na rozmyślania.
„Czy piraci naprawdę opuścili statek by uniknąć zbędnej utraty leków? Nie, na pewno nie. Spodziewają się, że w końcu się wystawię i wtedy będą mnie mogli przerobić na marmoladę. Skoro w ogóle bawili się w holowanie mojego statku oraz wymianę kłódek i zamków to z pewnością czekają w środku na mój nieostrożny ruch. Muszę pilnować się przy wychodzeniu z kryjówki. Być może powinienem wyłamywać zamek nie w nocy, lecz w dzień? Tego by się chyba nie spodziewali po kilku nocnych akcjach z mojej strony. Chociaż…? W sumie to gdyby nie mieli problemów ze wstawaniem w środku nocy to pewnie czekaliby na mnie już kolejnej nocy po pierwszej próbie. Co da mi wyłamanie tych zamków? Czy piraci po utracie kryjówek zdecydują się wycofać? Raczej nie, po prostu wstawią nowe zamki i będą kontynuować swoje wyczekiwanie na tę jedną, jedyną szansę, która da im możliwość zabicia mnie. Nie zmuszę ich do panicznej ucieczki, ale może widząc moją zajadłość i zaangażowanie zdecydują się zrezygnować ze zdobycia mego statku? Nie mogą mieć nieskończonych zapasów leków, a takie przeciąganie oblężenia byłoby conajmniej głupie. Może nie zależy im na tym, co trzymam w kajucie a na przyjemności z mordowania? Cóż, aby się tego dowiedzieć musiałbym dać się zabić i zobaczyć, co zrobią dalej.”
Tymczasem nadeszła noc. Wyszedłem ostrożnie stąpając po gdzieniegdzie skrzypiących deskach pokładu. Tym razem zabrałem się za zamek do magazynku z narzędziami. Kłódka wydawała się być gorszej jakości niż ta użyta w drzwiach do ładowni. Teraz dopiero zastanowiłem się nad pewnym faktem: „Jeśli piraci są w środku to jak zamknęli za sobą drzwi na kłódkę? Cóż, to jeszcze da się wytłumaczyć pomocą innych piratów, którzy następnie zeszli na ląd. Ale jak w takim razie wyjdą? Są przecież zamknięci od zewnątrz.” Rozmyślając na ten temat pracowałem dalej nad zamkiem. Kolejne nieudane próby i spędzone na pracy godziny zbliżały mnie do ostatecznego sukcesu. Wiedziałem, że konstrukcja kłódki jest nadwątlona i puści lada chwila. Otarłem pot z czoła i spojrzałem na niebo. Wstawał krwawy świt, promienie czerwonawego słońca delikatnie lizały statek. „Czy tak zawsze wygląda wczesny poranek? Dziwne, dwa dni temu tego nie zauważyłem.” Zerknąłem na schody na nadbudówkę i serce we mnie zamarło: stary pirat po cichu wspinał się po nich idąc w kierunku mojej kajuty. Zrobiłem krok w jego kierunku i na ułamek sekundy zerknąłem w bok. Drzwi do ładowni na dolnym pokładzie były otwarte! Okpił mnie! Bez problemu wyszedł z zamkniętego pomieszczenia, a ta kłódka miała mnie tylko zmylić. Tymczasem on wdrapał się już po schodach i biegł w kierunku mojej kajuty. Pobiegłem w ślad za nim chowając za pazuchą łom i wyciągając dwuręczniak. Zatrzymał się przed drzwiami mojej kryjówki i pociągnął za kłódkę: trzymała się mocno. Ja tymczasem już niemal do niego dopadłem, stanąłem naprzeciwko i rzuciłem się do ataku. On błyskawicznie wyciągnął szablę i zablokował potężny cios znad głowy, lecz siła uderzenia rzuciła nim na drzwi, które przed sekundą chciał otworzyć. Kolejnego mocnego, płaskiego ciosu uniknął, schylając głowę i zaraz po tym wrócił do pozycji wyjściowej. Mój miecz zostawił wąską bruzdę w ścianie, o którą opierał się pirat, lecz było to jedyne czego dokonałem. Tymczasem on przeszedł do kontry. Ciął poziomo w brzuch, odskoczyłem i dodatkowo odbiłem jego szablę w górę. Pchnąłem go mieczem w brzuch, nie zdołał jeszcze opanować odtrąconej szabli, więc zrobił unik w prawo. Wtedy chyba coś zauważył, bo krzyknął coś do kogoś za mną. Byłem otoczony?! Zastawiłem się poziomo mieczem z lewej strony, ponieważ stary bandyta szykował się do zadania ciosu z prawej i na ułamek sekundy zerknąłem za siebie. Za sobą nie zauważyłem nikogo.
To był błąd.
Odwracając głowę spowrotem zobaczyłem tylko pirata błyskawicznie przerzucającego szablę z prawej do lewej ręki i płaskie cięcie prosto w moją szyję. Odruchowo próbowałem odskoczyć i odepchnąć szablę mieczem, lecz było za późno na uniknięcie zranienia. Szabla przecięła skórę, wbiła się w szyję conajmniej na grubość palca i z brzękiem zatrzymała na klindze mego miecza. Krew zaczęła tryskać z rany, z trudem odzyskałem panowanie nad sobą. Teraz zamiast planować pokonanie pirata musiałem myśleć jak pozostać przy życiu. Moje ruchy stały się powolne i przewidywalne. Chciałem zamaszystym płaskim cięciem odgonić przeciwnika, lecz ten uprzedził mój ruch i bez problemu wyprowadził szybkie cięcie z góry. Odskoczyłem przerywając swój atak, jednak ten cios znowu mnie nie minął. Odsunąłem się przynajmniej na tyle, że zamiast rozłupać mi głowę na dwoje wyrysował tylko głęboką ranę od czoła do połowy policzka. Obawiając się mojego następnego ciosu odskoczył dając miejsce przy drzwiach. Doskoczyłem do nich i jedną ręką wyprowadzałem ciężkie, przewidywalne i powolne ciosy mające zniechęcić go do zbliżania się, a drugą ręką wyszukałem w kieszeni klucz do kłódki i otwarłem ją. Wtedy odwróciłem się od pirata plecami i z całej siły naparłem na drzwi ramieniem. Przed oczami migotały mi czerwono-czarne plamy a w głowie huczało jakbym wystawił głowę siedząc w pędzącym samochodzie. Drzwi posłusznie otwarły się, wbiegłem do środka i zamknąłem je za sobą. Zapomniałem o zabraniu kłódki, jednak było to najmniej ważne.
Rzuciłem miecz na ziemię, z brzękiem upadł na podłogę obok pledu. Pchnąłem byle jak pudła w stronę drzwi, by pirat nie dostał się do środka. Strugi krwi w zastraszającym tempie barwiły drewno na kolor bordowy, kręciło mi się w głowie. Klęknąłem na pledzie i zerwałem noszoną przeze mnie piękną jedwabną chustę, teraz całą brukaną krwią. Złożyłem ją na pół i przycisnąłem do rany, drugą ręką rwąc rękaw płaszcza i robiąc z niego coś w rodzaju zaciskającej się pętli. Wiedziałem, że nie mam wiele czasu. Ostatkiem sił obwiązałem prowizoryczny opatrunek wokół szyi przytwierdzając chustę. Zdążyłem jeszcze tylko zacisnąć pętlę i sprawdzić czy wszystko się trzyma.
Kolana odmówiły posłuszeństwa i padłem całym ciałem na pled. Otoczyła mnie ciemność.
Zdążyłem.

Napisał Ostatni Zakonnik
Barley
avatar
  Subscribe  
Powiadom o