Krwawy Świt – tom II

 

Krwawy Świt
Tom II

Rozdział II
Sen

 

/ niektóre fragmenty rozpocząłem pisać przed pierwszą próbą oswobodzenia się. Jeśli czytanie tego rozdziału okaże się problemem to można go pominąć z niewielką szkodą dla znajomości całej fabuły /

Otworzyłem oczy. Głowa strasznie bolała, ale powstałem i rozejrzałem się dookoła. Nadchodziła noc. Wcale nie zaskoczył mnie fakt, że stałem na nadbrzeżu portowym. Ostatnie promienie zachodzącego słońca znikały za świeżozielonym trawiastym horyzontem. Obok zaś bokiem do mnie stał jakiś na oko trzydziestoletni mężczyzna. Wydawało mi się, że go znam, choć nie mogłem sobie przypomnieć skąd. Odwrócił się twarzą w moją stronę i teraz mogłem mu się dokładnie przyjrzeć. Teraz nie było wątpliwości kto przede mną stoi.
– Witaj, w końcu się spotykamy. Ze starszego pokolenia nie został już niemal nikt, ale wiedziałem, że chociaż ty ciągle żyjesz. Bywam tu dość często, ale dopiero teraz udało nam się spotkać. – zaczął znajomym mi głosem.
– Ty? Tutaj? Jak to możliwe? Przecież…
– Nie ma potrzeby ci tego tłumaczyć. Przynajmniej nie w tej chwili. Usiądziemy? – wskazał na dwa pniaki leżące koło muru okalającego port, które zwykle służyły jako dość toporne siedzisko dla marynarzy spędzających swe ostatnie chwile przed wejściem na pokład.
– Domyślasz się z pewnością, że nie spotkałem się z tobą bez powodu. Wiesz prawdopodobnie, że w swoim życiu zrobiłeś sobie kilku wrogów. Nie mówię tu tylko o tych piratach, którzy liczą, że zdołają cię szybko i sprawnie zarąbać by złupić okręt.
– No cóż, prawdopodobnie wiem kogo masz na myśli. Są ludzie, dla których spokój jest ważniejszy od prawdy. Mimo wszystko, choć widać, że sam nie mam to tego zdolności to zawsze doceniałem wkład innych w próbę stworzenia przyjaznych relacji między społecznościami.
– Jeśli chodzi o współpracę społeczeństw to okazuje się, że nie są wcale potrzebne jakieś specjalne organizacje i funkcje, które zwykle okazują się przerostem formy nad treścią. Najważniejsze jest poczucie wspólnoty pomiędzy osadami, by pomagali swym sąsiadom jak osobom ze swojej społeczności. By wzmocnić poczucie jedności potrzebna jest aktywna i godna zaufania osoba, która mając poparcie wszystkich osad mogłaby się wypowiadać w imieniu wszystkich osad wspólnoty. Osady powinny dbać o zachowanie porządku na swych ziemiach – także niezamieszkanych – i okolicznych wodach, by kupcy nie obawiali się przybywać w te okolice.
Nie da się ludzi do niczego zmusić, trzeba mieć nadzieję, że mimo w niektórych przypadkach nie najlepszych kontaktów w przeszłości zdołają sobie zaufać i współpracować. Miasta mogą, a nawet powinny konkurować ze sobą ekonomicznie, lecz powinno się unikać działań mających na celu zniszczenie ekonomii mniejszych osad i prób ich uzależnienia od większych miast, co może skończyć się tylko konfliktami. Ludzie powinni mieć możliwość nieskrępowanego podróżowania i korzystania z jej dóbr. Mieszkaniec każdej z osad powinien otrzymać prawa obywatela na wszystkich ziemiach wspólnoty, a przyjezdny powinien mieć prawa nieznacznie ograniczone w porównaniu do stałych mieszkańców. W ten sposób każdy czułby się jak u siebie w domu. Prawo każdej osady może, a nawet powinno być nadrzędne w stosunku do praw ogólnych. Cóż, to są tylko drobiazgi i suche regułki, bo nie da się nic zrobić z ludźmi, którzy współpracować z innymi nie chcą. Jeśli natomiast jest, to te wszystkie formalne sprawy są tylko widoczną na zewnątrz nadbudówką. – przerwał swój monolog, a ja uśmiechnąłem się nieznacznie.
– Wiesz co to oznacza? – ciągnął dalej – Wiele zostało już zrobione i tak naprawdę wszystko jest na dobrej drodze. Aby nie zaszkodzić nie należy rozdrapywać starych ran, ale nie wolno tego rozumieć jako „zapomnieć o prawdzie”. Żadnej współpracy nie można budować na kłamstwie.
– Przybyłeś tutaj specjalnie po to, żeby mi to powiedzieć?
– Cóż. Były inne powody, o których nie musisz wiedzieć. Więc odpowiedź brzmi: tak.
– Aha.
Zapadła długa cisza, którą mącił jedynie odległy dźwięk fal uderzających o brzeg. W końcu przerwałem milczenie:
– Hmm… Czy to wszystko: ta rozmowa i ty sam jesteście tylko wytworami mojego umysłu? Jeśli tak, to czy ta rozmowa ma jakikolwiek sens?
– Tak, to wszystko dzieje się w twojej głowie i tak, ta rozmowa ma sens. Skąd w ogóle myśl, że coś istniejące w twoim umyśle nie może być prawdziwe? Świat nie jest taki, jak się wielu ludziom wydaje. Tylko ograniczeni ludzie sądzą, że cały świat ogranicza się tylko do kupki surowców i wytapiania żelaza. Można tak uważać, lecz jest się wtedy w wielkim błędzie. Rozumiesz? Rozmawiasz ze mną naprawdę, choć dzieje się to tylko w twoim umyśle. Moje ciało od dawna nie zawiera w sobie mojego ducha, ale śmierć nie jest końcem, choć oczywiście uniemożliwia istnienie wśród żywych… to znaczy współistnienie ciała i ducha, bo martwe ciało nie ma dla ducha zmarłego żadnego znaczenia.
– W młodości często odwiedziałem twój grób. W pobliżu mogłem spokojnie rozmyślać próbując opisywać to, czego doświadczyłem podczas poszukiwań Właściwej Ścieżki. Czy to znaczy, że było to pozbawione sensu?
– Dla mnie rzeczywiście było to bez znaczenia, ale zdgaduję, że dla ciebie miało i to duże. Skoro pozwalało ci to zebrać myśli, zastanowić się nad tym, czego dokonałeś a czego nie zrobiłeś, to miało to swoje pozytywne skutki. Wiele czynów, które ludzie robią myśląc, że tymi działaniami pomagają innym – zwłaszcza zmarłym – nieświadomie czynią dla siebie. Oczywiście nie sprawia to, że są egoistami. Bardzo duże znaczenie w wartościowaniu czynu ma przyświecająca mu intencja. Nie każdy czyn, którego skutki są złe musi być potępiony, jeśli w zamierzeniu miał być dobry. Naturalnie nie zawsze intencja może być usprawiedliwieniem działań, ale nie chcę nad tym teraz dywagować. Nie rozmawiasz ze sobą, rozmawiasz z moim duchem, a więc zdecydowanie ze mną.
– Równie dobrze i te słowa mogą być wytworem mojego umysłu.
– Niech to czy wierzysz w moje istnienie niech pozostanie kwestią wiary. Nie próbuj znaleźć dowodu na poparcie moich słów, bo ci się to nie uda. Po prostu mi zaufaj. Jeśli ktoś nie wierzy sobie to jak może wierzyć innym ludziom? Cóż, wiara może być potężną bronią i może popchnąć do czynienia wielkich rzeczy – zarówno dobrych jak i złych. Mam nadzieję, że twoja wiara pozwoli ci uczynić wiele, a rozum dopilnuje, by były to czyny słuszne.
– Jeśli jesteś duchem to wiesz co czuję i uważam. Jeśli rozmawiam sam ze sobą to również wiem co o tym sądzę. W takim razie muszę w tej chwili uwierzyć, że mówisz prawdę.
– Przedstawiasz dość racjonalne podejście do tej sprawy, ale ja mam tę przewagę, iż wiem, że naprawdę mi wierzysz. To dobrze. Wiara podobnie jak rozum może uczynić zwykłego człowieka wybitnym.
– Wierzę, że jesteś prawdziwym duchem. Oznacza to, że nieskrępowany przez ciało masz dużą władzę i mądrość. Czy możesz mi zatem przepowiedzieć przyszłość?
– Pozwól, że nie odpowiem ci na to pytanie. Nawet jeśli mogę, to nie zrobię tego. Wiem, że chciałbyś za wszelką cenę sprzeciwić się losowi, a to wbrew pozorom zakończyłoby się to tylko ze szkodą dla ciebie.
– W takim razie wiem już to, czego chcę. – uśmiechnąłem się lekko.
– Doprawdy? Nie bądź taki pewien. Niektóre zdarzenia mogą potoczyć się nieprzewidywalnie. Nie wszystko co mówię dotyczy twojej najbliższej przyszłości.
– To tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że wiem wszystko, co mnie w tej chwili interesuje.
– Nie popadaj w euforię i zachowaj spokój. Moje słowa weź za dobry znak, ale podwój swoje wysiłki, by podołać zadaniu, które cię czeka.
– Racja, nawet jeśli postaram się wykorzystać wszystko co umiem to i tak będę przy tym potrzebował dużo szczęścia.
– Nie licz na szczęście. Twoje życie pokazało już, że nie możesz mieć na nie nadziei. Zakładaj, że wszystko sprzysięże się przeciwko tobie i w krytycznym momencie wszystko, co może się nie udać na pewno zawiedzie.
– Żeby wyważyć zamek potrzeba wiele szczęścia, a nawet głupie opuszczenie mojej kryjówki jest zawsze ryzykiem…
– Więc załóż z góry, że stracisz swoją kryjówkę a każda napotkana przeszkoda będzie wyjątkowo oporna. Gdybyś miał dość szczęścia to nie musiałoby cię tu być.
– Rzeczywiście. Nie jestem szczęśliwy, ani w ten, ani w inny sposób. Gdyby tak chociaż brak szczęśliwych zbiegów okoliczności wynagradzało mi zadowalająco przeżyte życie…
– Jeśli o to chodzi, to większość ludzi nie jest szczęśliwa. Większość czegoś szuka lub do czegoś dąży, a jeśli nawet to osiągnie to widzi, że ich trud był nieopłacalny, bo ze szczytu góry, na której spodziewali się znaleźć szczęście zauważają je na czubku sąsiedniego wzgórza. Poza tym ty jesteś innym przypadkiem. Nie szukaj szczęścia, bo nie jest ci ono przeznaczone. Nie jesteś zwykłym człowiekiem.
– Na pewno nie jestem lepszy od innych.
– Nie jesteś, ale nie jesteś także gorszy. Twoje życie powinno być po prostu inne niż ich życie. Powinno być służbą i dobrze o tym wiesz.
– Próbowałem, ale… nie potrafię. Nie jestem w stanie kontynuować dawno rozpoczętego dzieła.
– Skoro wiesz, że ci się nie uda to po co w ogóle próbować? Na świecie jest wielu ludzi, którym mógłbyś pomóc w inny sposób. To, co było tylko nadbudówką mylnie uznałeś za sedno sprawy. Przecież najważniejsze jest to, co robisz. – zrobił krótką pauzę po czym rzekł – Na tym zakończymy naszą rozmowę. Muszę iść.
– Dokąd?
– Idę na zachód, by tam znowu dokonać żywota.
Zmarszczyłem brwi rzecząc:
– Jak to? Przecież nic nie może cię zmusić do czegokolwiek.
– To nie jest mój wybór. Mimo licznych zmian na lepsze zmuszają mnie do tego spory i bierność wielu ludzi. Moje marzenie ginie wraz ze mną, ale nie wszystko stracone. Zginę, lecz ciągle będę żył licząc na to, że mój sen nie zostanie na zawszepogrzebany. Muszę iść, a ty też powinieneś. Ja kiedyś swoją walkę przegrałem, więc ruszaj stoczyć swoją. Wierzę w ciebie. – to mówiąc spokojnie odwrócił się i wyszedł z portu kierując się na zachód. Nic z tego nie rozumiałem. Miałem w głowie mętlik, ale liczyłem, że po chwili zastanowienia wszystko stanie się dla mnie oczywiste. Gdy patrzyłem na jego oddalającą się sylwetkę wszystko wokół zaczęło się rozmywać. Moje oczy spowiła ciemność.

Zamrugałem.
Byłem w tym samym miejscu, lecz była już ciemna noc i okolicę spowijała mgła. Spojrzałem na księżyc, którzy nieznacznie oświetlał opuszczone zabudowania. Przede mną z mgły wyłoniło się kilkanaście ciemnych postaci opierających dłonie na głowniach swych mieczów. Wiele z nich wyglądało znajomo.
– Trzymaj się. Wrócisz do domu, a jeśli będzie trzeba to ich konkretnie poharatasz. Czuję to. – rzekł umięśniony człowiek, którego dobrze pamiętałem. Zawsze bezpośredni i sprawiedliwy. Powiedziawszy to wycofał się w mgłę i niemal natychmiast zniknął mi z oczu.

– I ja mam nadzieję, że zdołasz dopłynąć do domu. – rzekł niski mężczyzna z toporem zarzuconym na ramię, którego to nie można było z nikim pomylić.
– Ty tu czego? – odrzekłem niechętnie.
– Możesz mnie nie lubić…
– Ładnie powiedziane. – przerwałem.
– Robiłem to, co uznałem za słuszne. Nadal uważam, że wybrałem mniejsze zło. Gdyby tylko twój idealistyczny umysł mógł widzieć nieco więcej niż świat czarno-biały…
– Ależ widzę, ale możesz mi wierzyć, że czerń jest zawsze ciemniejsza od szarego.
– Nie zamierzam ci się z niczego tłumaczyć! Wiem, że i tak jesteś zbyt głupi, by to zrozumieć.
– W zamian za to gdy ty żyłeś to rozumiałeś wszystko doskonale, prawda?
– Czy to w ogóle coś zmieni?
– Nie wiem co jest gorsze: nienawiść czy głupota. Dla mnie nie ma to żadnego znaczenia, ale dla ciebie powinno mieć i to duże.
– Nie o moim sumieniu mieliśmy rozmawiać!
– A o czym? Nie prosiłem cię, byś do mnie przychodził.
– Mam prośbę, choć domyślam się, że jeśli ją spełnisz to na pewno nie ze względu na mnie. Zależy mi na tym, abyś dopłynął do domu na pokładzie tego statku. Nie wiesz nawet jak to ważne, nie tylko dla mnie. Jeśli zdołasz tam dotrzeć to będę ci naprawdę wdzięczny. Być może uda ci się dokonać jeszcze wiele dobrego i naprawić swe dawne błędy. Dla mnie jest już za późno by stać się w oczach wszystkich ludzi dobrym człowiekiem, ale pamiętaj, że nienawiść potrafi zniszczyć człowieka od środka. Pamiętaj, że nigdy nie krytykowałem żadnej dobrej idei, ale samowolne i nieprzemyślane działania. Weź to pod uwagę, gdy będziesz mnie wspominać. A teraz już żegnaj. Więcej się nie spotkamy. W każdym razie nie w tym życiu.
– Następnym razem będziemy mieli wiele spraw do omówienia. Mam tylko nadzieję, że ten czas nadejdzie nieprędko. A póki żyję powinieneś wiedzieć, że wyzbyłem się nienawiści i gniewu już dawno temu. Złe czyny należy wybaczać, ale nigdy nie wolno o nich nie zapominać. Dlatego mimo niechęci wielu ludzi zależało mi na przypominianiu prawdy i robiłem to z takim uporem. Statek jeśli tylko będę w stanie doprowadzę do celu. Nie mogę postąpić inaczej, przecież nie jest mój. A póki co: żegnaj. – Odwróciłem się od niego i podszedłem w stronę pozostałych dziewięciu dziwnych postaci. Gdy odwróciłem na moment głowę nie zobaczyłem go już w miejscu, w którym stał. Zniknął bez śladu.
– I ja wierzę, że ci się uda. Jak sięgam pamięcią w przeszłość to zawsze byłeś rozważny. Na pewno coś wymyślisz. Jeśli uda ci się powrócić to nie zapomnij odwiedzić swoich rodzinnych stron. – odezwał się jeden z mężczyzn, jedna z najbardziej szanowanych postaci z mojego rodzinnego miasteczka.
– Zgadza się. Choć już nie żyję to moje słowa dalej pozostają w mocy. Zawsze będziesz uznawany za naszego i możesz powrócić do rodzinnych stron gdy tylko zechcesz. – rzekł przywódca tejże osady.
– Dziękuję ci, przyjacielu. – odpowiedziałem – Jeśli będzie mi dane to zajrzę tam, lecz nie jest mi przeznaczone osiąść na stałe i dopełnić dni w spokojnej, sielskiej osadzie. To był mój największy błąd, że tak długo pozostawałem kiedyś w jednym miejscu. Rozwiązanie zbyt łatwe, bezpieczne i wygodne. To już nie dla mnie.
– Rozumiem, w takim razie niech ci się wiedzie na twojej własnej ścieżce. Jestem pewien, że jeszcze zobaczysz rodzinne strony. – skinął głową, objął mnie na krótko ramieniem i zajął miejsce wśród postaci.
– Szkoda, że nie mogę ci pomóc, bo razem zrobilibyśmy z tych wszystkich piratów krwawą miazgę. – rzekł młody człowiek znany wszystkim kiedyś z niesamowitej siły którą porównywać można było co najwyżej z jego lekkomyślnością i porywczością – Dziękuję za wszystko, w czym pomogłeś mi podczas mojego krótkiego życia. A teraz żegnaj na zawsze.
Gdy tylko przestał mówić postacie rozpłynęły się, a ziemia usunęła mi się spod nóg. Widziałem tylko ciemność.

Rozdział III
Gorejąca Nadzieja

Poczułem straszny ucisk szyi, jakby ktoś mnie dusił. Zacisnąłem powieki i spróbowałem wyswobodzić się z morderczego uścisku. Nagle uderzyłem twarzą w coś twardego. Otwarłem powieki i tuż przed oczami zobaczyłem brudny od krwi i kurzu pokład statku. Podniosłem się i rozmasowałem bolący nos. „Musiałem się podnieść nim w pełni odzyskałem przytomność i rąbnąć głową o podłogę” – pomyślałem. To uderzenie całkiem przywróciło mnie od świata rzeczywistego. Wyjrzałem przez małe okienko, przez które sączył się do ciasnego pomieszczenia łagodny blask księżyca. Choć nic poza niewielkim wycinkiem nocnego nieba zauważyć nie zdołałem to przynajmniej z całą pewnością mogłem stwierdzić, że jest noc. Nie mam pojęcia ile czasu byłem nieprzytomny, ale na pewno był to czas dłuższy niż kilka dni. Jakby na potwierdzenie tego przeczucia poczułem przemożne ssanie w żołądku. Byłem potwornie głodny i dziwne, że dopiero teraz to zauważyłem. Siadłem ciężko na pledzie i zabrałem się za jedzenie sucharów zagryzając suszonym mięsem. Na pewno w innych warunkach nie nazwałbym tego dobrym posiłkiem, ale teraz zjadłem dwudniową porcję prowiantu za jednym razem jakby było to najprzedniejsze danie z królewskiej uczty. Przetarłem zaczerwienione oczy brudnymi rękoma i zacząłem się zastanawiać.
„Musiałem sporo czasu tutaj przeleżeć. Cudem przeżyłem, ale teraz nie mam nawet możliwości zamknąć mojej kryjówki, więc jeden błąd może zakończyć się utratą tej jedynej linii obrony. Nie powinienem się nastawiać na utrzymanie jej, bo jeśli chodzi o szczęśliwe zbiegi okoliczności to ciężko o człowieka, któremu przytrafiają się one rzadziej. Muszę kontrolować tę kryjówkę jak najdłużej, ale jeśli ją stracę to muszę być gotów do samotnej walki ze wszystkimi wrogami jak najdłużej. Ostatecznie zabiją mnie, ale będą musieli się przy tym wysilić jak nigdy w swojej karierze.” – myśląc tak uśmiechnąłem się pogodnie.
Nagle poczułem na swoich plecach czyjeś spojrzenie. Usłyszałem za plecami ledwie możliwy do wyłapania przez uszy złośliwy chichot. Momentalnie odwróciłem głowę a ręka sięgnęła w stronę miecza, ale w ciemności za mną nie zobaczyłem nikogo. Poczułem tylko przeszywający ból w szyi. Dotknąłem jej ręką i wyczułem szmatę, którą wcześniej w ostatniej chwili zdołałem zatamować krwawienie. Krew dawno już zaschła i taki, śmierdzący bardziej niż ja, kawałek tkaniny wydał mi się teraz już bezużyteczny. Powoli odwinąłem go z szyi i cisnąłem w kąt. „Ten chichot… na pewno przesłyszałem się. Wyobraźnia płata mi figle.” Odetchnąłem i zacząłem się zastanawiać co teraz.

Aurora

Z przymusu samotnie gnijąc zamknięty w tej norze
Choć siedzę tu spokojnie potrzebna mi rada:
„Chcę wyjrzeć na zewnątrz! Chcę zobaczyć zorze!”
Wzdycham zrezygnowan a wzrok na miecz pada.

Przez pozbawionych honoru piratów pobity
W żałosnej kryjówce z iskrą życia skryty
Powstaję i gotów po miecz sięgam zatem
Po czasie bezsilności zetrzeć się z piratem.

Zaś ostrze to wykute z zimnej ciemnej stali
Jak wielkiej wyspy klifu wystające skały,
Narzędziem zemsty stanie się gdy przyjdzie pora,

A ostrze owo
niechaj zowie się
Aurora

Powstałem, odepchnąłem paczki blokujące drzwi i wkroczyłem na pokład statku. Uderzył we mnie przenikliwy chłód nocy tak różny od śmierdzącego zaduchu panującego w kryjówce. Wdychając powietrze, które kłuło mnie w piersiach jak kryształki lodu, rozejrzałem się stając przy balustradzie nadbudówki. W ciemnościach nie zauważyłem nikogo. Uznałem to za dobry znak. Może rzeczywiście uda mi się oddokować od portu i niepostrzeżenie uciec nim którykolwiek z moich oprawców to zauważy? Zbiegłem na dół po schodkach z zamiarem szybkiego postawienia żagli. Poruszałem się możliwie szybko, ale przy tym cicho i ostrożnie.
Dobrze, że tak zrobiłem, bo niemalże potknąłem się o leżącego przy schodach człowieka. Serce podeszło mi do gardła, ale w ostatniej chwili zatrzymałem się i cicho jak kot przemknąłem stawiając krok tuż obok jego głowy. „A miałem nadzieję, że opuścili statek” – jęknąłem w duchu. Nie zmieniłem jednak planów. Podbiegłem do żagli i rozstawiłem je sprawnie. Później odczepiłem liny cumownicze i prędko złożyłem kładkę. Następnie schodkami przy lewej burcie wróciłem na nadbudówkę tak, by nie przechodzić blisko pirata i podbiegłem do steru. Po kilkunastu sekundach statek odbijał już z portu. Zablokowałem ster na kursie wschodnim i schodząc ponownie drugimi schodkami zabrałem się za wyłamywanie zamka do kambuzu. „Na pewno nie zdołam go zabić a przebudzony wezwie posiłki. Na razie niech sobie tak leży.” – pomyślałem. Minęła prawie godzina od mojego wyjścia z kajuty. Praca przy zamku szła sprawnie, mimo, że nie mogłem tłuc zbyt mocno z obawy przed przebudzeniem pirata. Po ponad godzinie pracy usłyszałem jakiś dziwny niezidentyfikowany dźwięk. Momentalnie zerknąłem na śpiącego pirata obawiając się, że przypadkiem go obudziłem. Wszystkie mięśnie miałem już przygotowane do biegu, ale pirat… nadal smacznie spał. Znowu coś usłyszałem. Tym razem byłem pewien: to był jakiś dziwny chichot. Odwróciłem się na pięcie wystawiając łom niczym ostrze miecza. „Może jeszcze któryś z piratów spał w części dziobowej statku a ja go zbudziłem?” – pomyślałem . Spojrzawszy w ciemność za sobą oświetlaną jedynie słabnącym blaskiem księżyca zobaczyłem jakąś niewyraźną postać odzianą w czarny płaszcz stojącą przed masztem. Niemalże podskoczyłem z wrażenia, ale nim rzuciłem się do ucieczki zerknąłem jeszcze na sekundę. Zamrugałem oczami. Z całą pewnością nikogo tam nie było. Podszedłem dla pewności nieco bliżej miejsca w którym coś mi się przywidziało, rozejrzałem się i zawróciłem. Z całą pewnością nikogo tam nie było. „Masz ci los. Muszę walczyć nie tylko z piratami, ale i ze swoimi chorymi imaginacjami. Prędzej tutaj zwariuję nim zdołam się wyswobodzić. Jakaż znowu postać w długim płaszczu? Te dni w dusznej kajucie źle na mnie wpłynęły.” – kręcąc głową wróciłem do pracy. Przez najbliższe kilka godzin nic mnie nie niepokoiło. W końcu gdy księżyc zaczął znikać i zza horyzontu zauważyć można było łunę zwiastującą nadchodzący dzień oderwałem się od mojego zajęcia. Nadeszła pora zająć się piratem. Schodkami przy lewej burcie wszedłem na nadbudówkę wyciągając miecz. Podchodząc od góry do schodków przy prawej burcie, na których spał pirat, rozgrzewałem ręce wyprowadzając kolejno w powietrzu najprostsze cięcia. Nadszedł czas zapłaty. Choć nie spodziewałem się, że zdołam zabić przeciwnika to chciałem przynajmniej godnie odwdzięczyć się za poważne zranienie sprzed kilku… -nastu? A może -dziesięciu dni? Zeskoczyłem na schodek niżej tupiąc buciorami. Metalowe podeszwy wydały z siebie głośny metaliczny dźwięk jak gdyby nie wiedziały, że właśnie zderzyły się z tłumiącym odgłosy drewnem. Później na moment zamyśliłem się spoglądając na pirata, który pogrążony w śnie kulił się na środku schodów z szablą przytuloną do ciała. „Zaiste, dziwna to poza. Musi być mu niewygodnie. Już ja ci uprzyjemnię dzień ” – pomyślałem.
– Wstawaj! – krzyknąłem kopiąc go z całej siły w głowę i skoczyłem za nim z podniesionym do cięcia mieczem. Stary pirat stoczył się ze schodków
zdezorientowany, ale szybko się opamiętał i zrozumiał, co właśnie zaszło. Momentalnie podniósł szablę ku górze w ostatniej chwili blokując cios. Wrzasnął do
mnie coś niezrozumiałego. Odpowiedziałem mu kolejnym szybkim cięciem. Wróg odbił cios w górę i, jako że stałem jeszcze na schodach, zaatakował tam gdzie uznał to za najsensowniejsze: w nogi. Podskoczyłem unikając płaskiego cięcia, ale straciłem równowagę i runąłem ze schodów nieomal nadziewając się na szablę wystawioną przez mojego adwersarza. Odepchnąłem ją mieczem na bok i upadłem wprost na klatkę piersiową pirata. Jęknął cicho nie mogąc złapać oddechu. Korzystając z okazji walnąłem go z całej siły lewą ręką w twarz trzymając Aurorę w drugiej ręce. Spróbował machnąć na oślep szablą by się ode mnie odpędzić, więc odturlałem się o kilka kroków by uniknąć ciosu i powstałem. Walka się przeciągała. „Jeszcze chwila i spróbuje dostać się pierwszy do mojej kryjówki. Nie mogę do tego dopuścić.” Gdy ten powstawał z ziemi zaszarżowałem na niego. Powstał i odskoczył w stronę prawej burty nieomal nie wypadając ze statku, jednak wcale nie miałem zamiaru go atakować. Uderzyłem go tylko jakby od niechcenia mieczem, który to cios bez trudu zablokował i wbiegłem po schodkach. Nim Stary Pirat zorientował się, że stracił wspaniałą okazję ja już byłem w środku i zdążyłem się zabarykadować. Odetchnąłem z ulgą kładąc Aurorę na podłodze i siadając na pledzie.
– Czasami wydaje się, że jedynym wyjściem z sytuacji jest poddać się. Nie dam im tej satysfakcji. Jeśli nawet nie wyjdę stąd żywy to będę się z nimi bawił tak długo, jak to możliwe. – rzekłem do siebie. Nie byłem zmęczony mimo że nie spałem całą noc, bo przecież wcześniej leżałem nieprzytomny przynajmniej kilkanaście dni.
– Pirat się już obudził, więc pewnie zacznie sprowadzać statek do portu. A ja głupi miałem nadzieję, że nikt nie będzie czekać na pokładzie i pod osłoną nocy opuszczę na zawsze ten przeklęty port. Wieczorem pewnie wszystko zacznie się od nowa. – jęknąłem. – No, ale ostatecznie spodziewałem się, że nic nie będzie iść po mojej myśli.
– Masz rację. – Dziwny, zimny głos zza moich pleców sprawił, że z wrażenia aż podskoczyłem. Odwróciłem się momentalnie, ale z całą pewnością nie zobaczyłem tam nikogo.
– Musiało mi się wydawać.
– Na to wygląda. – odpowiedział głos.
– To zamknięcie w samotności źle na mnie działa. – stwierdziłem jednocześnie obróceniem głowy upewniając się, że w kajucie nie ma poza mną nikogo.
– No cóż, chyba czas iść spać. – rzekłem do siebie kładąc się na pledzie. – Jak trochę odpocznę to mi przejdzie.
– Dobranoc. – powiedział głos. Ignorując go zamknąłem oczy i po chwili zasnąłem.
Obudziłem się pełen energii i rześki, mimo, że od przynajmniej kilku lat nie miałem okazji by się wykąpać. Przez niewielki otwór wpadało niewiele żółtopomarańczowego światła, więc stwierdziłem, że jest już prawdopodobnie wieczór. „No, mała głodówka mi nie zaszkodzi, a warto oszczędzać jedzenie.”
Zdecydowałem, że opuszczę kajutę dopiero dobrze po zmroku, a w międzyczasie zająłem się polerowaniem Aurory i Kferrum. Gdy nadeszła noc byłem zdecydowany powtórzyć cały manerw. Już wychodząc z kajuty zauważyłem, że statek stał spokojnie zacumowany w pirackim porcie. Rozglądając się uważnie po nadbudówce stwierdziłem wstępnie, że pirata nie ma. Podszedłem zatem do steru i zablokowałem go tak, żeby statek po rozwinięciu żagli skierował się na wschód. Następnie zszedłem spokojnie po schodkach przy prawej burcie i zacząłem rozwijać żagle. Przy okazji zauważyłem śpiącego pirata, który tym razem jakby nienauczony wydarzeniami ostatniego poranka smacznie spał bez żadnej osłony oparty o burtę w pobliżu dzioba. „Gdybym miał kuszę to sprawa byłaby już załatwiona”. Po kilku minutach robota z żaglami była skończona i zabrałem się za odczepianie lin cumowniczych. „W zasadzie jeśli dopłynę do cywilizowanego miejsca to brak tych lin nie będzie wielkim problemem” – pomyślałem odcinając je po kolei dwuręczniakiem.
Statek zaczął przyspieszać nabierając wiatru w żagle. Postanowiłem dokończyć pracę przy zamku do Kambuzu, bo wyglądał, jakby miał puścić po pierwszym uderzeniu uderzenia. Tak się jednak nie stało. Uderzyłem pierwszy raz, drugi, trzeci… i nic. Za czwartym razem cały zamek wyrwał się z drzwi i wylądował na ziemi. Chwyciłem go z nadzieją, że uda się go wykorzystać do zabezpieczenia mojej kryjówki, ale nic z tego. W życiu nie widziałem zamka, który mniej przypominał zamek niż ten zamek. „Ech, nic z tego. Gdybym tak mógł chociaż część z tego żelaza przetopić to z kilku zamków zrobiłoby się jeden… Nie mam niestety dostępu do takiej technologii.” Rzuciłem powyginaną grudę żelaza na pokład i po ułamku sekundy zrozumiałem, że nie postąpiłem zbyt mądrze. Żelazo z brzękiem upadło na pokład. Nerwowo spojrzałem na pirata, ten jednak, o ile mogłem to rozpoznać z tej odległości, zdawał się nadal smacznie spać. Odetchnąłem. Po cichu wszedłem do kajuty kuchennej. W środku nie zauważyłem niczego ciekawego. „Piraci mimo okupowania statku ani trochę o niego nie zadbali” – wzruszyłem ramionami. Następnie wyszedłem i zabrałem się za zamek do ładowni-magazynu. Nie spodziewałem się znaleźć tam niczego ciekawego, ale może uda mi się przynajmniej pozbawić pirata dodatkowej kryjówki. Po kilku godzinach miarowego stukotu zdecydowałem się zakończyć pracę, lecz tym razem nie budzić pirata, by statek trochę dłużej popływał na kursie wschodnim. Chwilę przed świtaniem nieniepokojony wszedłem do mojej kajuty i zabarykadowałem się. Odetchnąłem głęboko. „Ten zamek to pierwszy sukces w drodze do celu. Na początek dobre i to. Jeśli pirat się przestraszy to może wsiądzie na słupa i ucieknie, a ja będę mógł spokojnie popłynąć poszukać gdzieś pomocy w pozabijaniu ich wszystkich.”
Przez dzień nieco odpocząłem. Kolejnej nocy znowu wyszedłem z kryjówki i sterowałem statkiem tak, że przez pół nocy płynąłem w kierunku południowo-wschodnim, aby pirat nie posiadający lunety przestał widzieć ląd a później skierowałem statek na wschód. Pirat spał a ja nie niepokoiłem go aż do rana. Następnego dnia korzystając z okazji, że zajmował się czymś w pobliżu zejścia na pokład kilkukrotnie szybko wybiegałem z kajuty i przekręcałem ster na wschód. Sytuacja wydawała się być dość dobra.
Przez następnych kilka dni ponawiałem takie działanie a pirat wydawał się być dość zagubiony. Nie wiedział co się wokół niego dzieje i nie był w stanie opanować okrętu, ponieważ przejmowałem stery statku gdy choć na chwilę zmrużył oko. Wszystko szło dobrze aż do ósmego dnia od rozpoczęcia walki.
Z mieczem w dłoni ostrożnie otwarłem drzwi i wyjrzałem na zewnątrz. Było już ciemno i chłodno, nie zauważyłem nikogo. Na palcach zacząłem obchodzić moją kajutę, by podejść do steru lecz nagle usłyszałem za sobą skrzypnięcie wysłużonego pokładu nadbudówki. Obróciłem się i biegiem ruszyłem do drzwi mojej kryjówki, lecz zdołałem tylko zauważyć znikającego w środku pirata. Chciałem wbiec do środka, lecz zdążył już zamknąć drzwi i zablokować swoim ciałem. Naparłem z całej siły na drzwi lecz jedyne co udało mi się zyskać to bolesny guz na głowie gdy uderzyłem nią w lite drewno. W tym momencie prawdopodobnie w niezwykle ekspresywny sposób podsumowałbym moje obecne położenie gdyby nie to, że wiedziałem, że nie ma to żadnego sensu. Przecież nikt mnie nie usłyszy. Uderzyłem kilkukrotnie pięściami w drzwi kajuty. Oczywiście na drzwiach nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. „To na nic. Jestem w beznadziejnym położeniu. Pirat ma teraz moje leki i przewagę, z której korzystałem walcząc skutecznie z wieloma piratami naraz. Skoro piraci nie mogli przez wiele dni ‚oblężenia’ sforsować tych drzwi to oznacza to, że ja jestem praktycznie bez szans. Mogę jeszcze spróbować dostać się do słupa, ale kajuta jest stracona.”
– Jesteś pewien? – zapytał zimny głos za moimi plecami. Podskoczyłem i obróciłem się w miejscu wyciągając miecz przed siebie. Przede mną zobaczyłem dziwną postać odzianą w długą czarną szatę. Kaptur zasłaniał twarz, natomiast ręce dzierżące kosę ukryte były pod długimi rękawami stroju.
Po tych wszystkich wydarzeniach niewiele było rzeczy, które by mnie przestraszyły. Przede mną stała jedna z nich. Nie mam tu na myśli strachu przed śmiercią, ale nigdy nie przewidywałem takiego spotkania twarzą w twarz – o ile pod tym kapturem kryło się cokolwiek materialnego. Cofnąłem się instynktownie uderzając plecami o drzwi i przy okazji nabawiając się drugiego guza, tym razem z tyłu głowy. Zamarłem. Przez kilka sekund chyba wpatrywaliśmy się w siebie, co w przypadku tajemniczej postaci było niemożliwe do weryfikacji. Dopiero po kilkunastu sekundach odzyskałem zimną krew i rzekłem słabym, lecz zdecydowanym głosem:
– No nie. W dziwne rozmowy w mojej głowie mogłem uwierzyć, ale to stanowczo za wiele. Wiem, że jesteś tylko przywidzeniem. Zniknij.
Niestety dziwna postać nie zniknęła. W zamian za to odezwała się tym zamym zimnym, przenikliwym głosem:
– Obawiam się, że jesteś w błędzie. Masz nadzieję, że zwariowałeś? Jak myślisz, czy będąc wytworem twojego umysłu byłbym w stanie zrobić to? – uderzył końcem drzewca o deski pokładu powodując w drewnie wgniecenie, które choć niewielkie to wydawało się być niemożliwe do wykonania przy uderzeniu drewnem o drewno. – Zresztą nie przyszedłem tutaj rozprawiać o tym, czy istnieję czy nie. Obserwuję cię od długiego czasu. Obserwuję jak walczysz o życie i muszę przyznać, że jest to całkiem interesujące. Nie podoba mi się to, że chcesz się poddać. Gdy będzie odpowiedni czas, to zabiorę cię tam, gdzie ostatecznie trafiają wszyscy.
– Yyyy… Widziałem cię…
– Wiem. Wiem też, że głupio próbowałeś sobie wytłumaczyć, że to było przywidzenie. Dlaczego niemal każdy kto mnie zobaczy prędzej niż „Widziałem Śmierć” powie „Wydawało mi się”? W zasadzie to przyszedłem tutaj by powiedzieć ci, że spektakl wciąż trwa i nie chcę, byś go przerywał. Podróżuję twoim śladem od dziesiątków lat, ale wychodzisz ze wszystkich przeciwności losu w jednym kawałku. Póki co znikam, ale zobaczymy się jeszcze, I TO NIE RAZ.
Zamrugałem a Śmierć rozpłynął się w powietrzu. „W życiu nie widziałem nic bardziej rzeczywistego, choć wydaje mi się to tak nieprawdopodobne. Może rzeczywiście zwariowałem? Bez względu czy to widziadło istnieje czy nie to ma rację: muszę wziąć się w garść i przynajmniej spróbować odzyskać kryjówkę. Ten Stary Pirat choć szybko się ode mnie uczy to nadal jest w sprawach wojskowych kompletnym laikiem. Muszę działać, a jeśli uda mi się nieco odroczyć wyrok to wtedy będę miał czas na rozmyślania.”
W całkowitej ciszy stanąłem przy drzwiach niemalże przyklejając się do ściany i zamarłem z wszystkimi mięśniami przygotowanymi do natychmiastowego działania oczekując choćby najcichszego szmeru zdradzającego chęć opuszczenia przez pirata kryjówki. Głęboko oddychając czekałem z nadzieją, że pirat w końcu wytknie nos z mojej kajuty i będę mógł z powrotem się do niej dostać. Minuty mijały. Mój umysł opróżnił się z jakichkolwiek innych myśli poza drzwiami i kawałkiem podłogi tuż przed nimi. Po głowie pomimo przejmującego chłodu panującego wokół zaczęły spływać strużki potu. Czułem, że jeśli pirat nie będzie wychodzić z kajuty zbyt długo a ja zmęczę się oczekiwaniem w pełnej gotowości to stracę jedyną szansę na ratunek. „A jeśli poszedł spać i w ogóle nie wyjdzie? Lepiej o czymś takim nie myśleć.” Pilnowałem się, by nie zacząć liczyć sęków w deskach pokładu czy gwiazd na niebie. Nie mogłem sobie pozwolić na nawet moment dekoncentracji. Miałem nadzieję, że chwila w której pirat opuści kajutę w końcu nadejdzie.
No i nadeszła.
Usłyszałem jakieś ledwie wychwytywalne szurnięcie, a później nerwowo przyciskaną klamkę. Drzwi otwarły się i stanął w nich stary pirat z trudem trzymający przed sobą oburącz skrzynię pełną cennych metali. Dokładnie w tym samym momencie rzuciłem się na niego. Nie spodziewał się, że będę cały czas czekać. Odepchnąłem go uderzając przy okazji z całej siły łokciem w twarz i wskoczyłem do środka przez wciąż otwarte drzwi. Nim zatrzasnąłem drzwi zobaczyłem jeszcze upadającego pirata. Skrzynka wypadła mu z rąk lecz niestety upadła obok bandyty nie wyrządzając mu żadnej krzywdy. Dalszego rozwoju wypadków nie mogłem poznać, ponieważ zatrzasnąłem drzwi i zablokowałem je przy użyciu skrzynek i paczek, które na szczęście leżały nienaruszone przez pirata.
Usiadłem ciężko pod ścianą kajuty i otarłem zimny pot z czoła.
„Będę żył. Ten pirat był niesamowicie głupi, skoro myślał, że zasnę już po kilkunastu minutach.”
Jednak mi się udało.

Napisał Ostatni Zakonnik
avatar
  Subscribe  
Powiadom o