Krwawy Świt – tom IV – ostatni

Krwawy Świt
Tom IV – ostatni

Rozdział V
Długi Marsz

Otarłem pot z czoła opierając się o burtę statku i obserwując horyzont. „Samotny i biedny, ale za to żywy. I cóż z tego? Nawet jeśli po mnie nie wrócą, to zawiodłem. Przyjaciół, siebie, Port…” myśląc tak łzy tłamszonej przez smutek radości cisnęły mi się do oczu. Oddany piratowi szabrownik płynący w kierunku pirackiego portu już niemal znikał z horyzontu. Ja natomiast obserwując ląd na północy stwierdziłem, że mój statek niemal nie ruszył się z miejsca. „Cholera, akurat teraz ten słup okazuje się być aż tak powolny. Przecież nie mam powodu by sądzić, że ten pirat ma choć odrobinę honoru. Negocjacje podjął tylko dlatego, że sam nie czuł się już na siłach by dalej walczyć. Pewnie gdy tylko dopłynie do portu to skrzyknie tam swoich koleżków i popędzi w pogoń za mną nie mówiąc nawet słowa o tym, że sam mnie wypuścił i a wcześniej odrzucił moją ofertę, która mogła uratować życie piratki.” – pomyślałem gorzko. Powieki kleiły się do siebie, ale wiedziałem, że nie mogę sobie jeszcze pozwolić na spokojny sen.
Powstałem i zakręciłem kołem sterowym. „Płynąc wzdłuż brzegu będę łatwym celem. Mogę mieć tylko nadzieję, że na lądzie mnie nie znajdą. Wejdę nieco wgłąb wyspy i jeśli okaże się, że mnie nie ścigają to wrócę po statek i popłynę nim do jakiejś przyjaznej osady na północy.” Statek zaczął płynąć wprost na północ. W ciągu najwyżej dwóch godzin powinien dobić do brzegu. Siadłem ciężko na pokładzie i spojrzałem na klapę. Była dość podobna do tej, która przez prawie pół roku uniemożliwiała mi ucieczkę z szabrownika. Zamknięta była nawet na kłódkę podobną do tej, którą zniszczyłem dopiero po wielu dniach wytężonej pracy. „Widać, że to robota jednego człowieka. Dobrze, że stoję wolny tutaj, ale jeśli tylko ten pirat zdoła mnie dogonić i wkroczyć na słupa to bez problemu zamknie mnie pod pokładem. Jeśli do tego dopuszczę: przepadnę.” pomyślałem. Dzień dłużył się okrutnie i tylko czasami podnosiłem głowę nad burtę by zobaczyć jak daleko od lądu jestem. Szabrownik zniknął już niemal za horyzontem i pewnie zaczynał dokowanie do portu piratów. Walcząc ze zmęczeniem ratowałem się myślą, że być może już jutro będę mógł odpocząć za wszystkie czasy. Najważniejszym było zniknąć z zasięgu wzroku piratów – także tego wspomaganego dopiero co zdobytym teleskopem.
Słońce sunęło po nieboskłonie informując mnie o mijających sekundach, minutach, godzinach. Nadeszło późne popołudnie. Przeciągnąłem się i powstałem opierając o burtę statku. Słup był już niemal u celu. Z każdym kolejnym podmuchem południowego wiatru zbliżał się raptownie do brzegu. Błękitne fale toczyły swą wieczną bezcelową walkę z lądem płynąc naprzód, a po chwili zatrzymując i wycofając z żółtozłotego piasku plaży. Dziób statku delikatnie wsunął się na brzeg i statek sunąc po piasku wytracił prędkość zatrzynmując się zupełnie. Zwinąłem żagle i przeskoczyłem przez burtę rozglądając się dookoła.
Po raz pierwszy od wielu lat poczułem pod stalowymi podeszwami butów stały ląd. Z jednej strony szczęśliwy, że dotarłem do miejsca o przybyciu do którego kilka dni temu mogłem tylko marzyć. Piasek rzężący pod stopami wydawał się być absolutnie nienaturalny. Przyzwyczajony do ciągłego kołysania miałem problemy z ustaniem na nogach na dość stabilnym gruncie. Także możliwość poruszania się po niemalże nieograniczonej przestrzeni była perspektywą ze wszech miar dziwną. Nie miałem jednak zbyt wiele czasu na dostosowanie się do nowych warunków. Rozejrzałem się uważnie by świadomie podjąć decyzję co robić dalej. Po krótkich obserwacjach stwierdziłem, że mogę się skierować w trzy strony: na zachód, północ i wschód. Wolność wyboru była jednakże tylko pozorna. Na północy rozpoczynały się góry a podróż na zachód prowadziłaby niebezpiecznie blisko do portu piratów. Nie miałem pewności, czy piraci nie patrolują okolicy jakimś pojazdem lądowym, więc wolałem się tam nie zbliżać. Po chwili rozważań ruszyłem ścieżką wzdłuż lądu na wschód.
Każdy pojedynczy krok był oddzielnym wyzwaniem, ale jeden za drugim poruszałem się naprzód. Gdy słońce zniknęło za horyzontem odszedłem już daleko od brzegu zostawiając słupa daleko za swoimi plecami. Brodząc w ciemności podczas bezksiężycowej nocy poruszałem się po omacku – mając nadzieję, że tam gdzie stawiam stopę znajdę dla niej oparcie. Gdyby krok przede mną zaczynała się bezdenna otchłań to prawdopodobnie nic bym nie zauważył i wkroczył w nią nie podejrzewając niczego złego.
Jedynie gwiazdy wyróżniały się na tle zupełnie czarnego nieba bezksiężycowej nocy i doskonale czarnego krajobrazu. Po kilku godzinach marszu nie byłem już świadom upływającego czasu. Musiało być już dobrze po północy. Nie mając nawet świadomości swoich czynów, nim choćby zdążyłem dobrze rozłożyć się na trawie, zapadłem momentalnie w twardy sen.
Tak zakończył się mój wyjątkowo długi dzień. Dzień trwający wiele dni. Dzień strachu, nadziei, walki i pogodzenia z losem. Dzień klęski i zwycięstwa. Mimo doniosłości ostatnich wydarzeń i ciągłego zagrożenia musiałem w końcu odpocząć. Zasnąłem tak, jakbym miał się już nigdy nie obudzić, lecz skołatane nerwy i wyczuwane instynktownie zagrożenie nie pozwoliły mi na długi sen.
Ocknąłem się o świcie. Nie było łatwo zmusić się do otwarcia oczu i powstania, bo jak wiadomo łatwiej jest w ogóle nie spać niż spać za krótko. Po chwili zmagania się z samym sobą powstałem i ruszyłem w dalszą drogę. Krwistoczerwona kula słoneczna wyłaniająca się w miejscu zetknięcia brzegu z oceanem oświetlała mi dalszą drogę. W świetle poranka mogłem ocenić postęp podróży. Przed snem idąc po omacku udało mi się wejść nieco wgłąb lądu utrzymując jednocześnie bezpieczną odległość od brzegu i mając dobrą widoczność na morze. Szedłem niespiesznym lecz równym tempem. Kolejne godziny marszu mijały szybko. Przyjemne ciepło wstającego słońca zostało zastąpione przez nieprzyjemny południowy upał. W końcu zatrzymałem się i dokładnie zlustrowałem okolicę. Pomiędzy gęstą trawą można było tutaj gdzieniegdzie zauważyć rosnące dziko marchewki. Dalsza droga w tym samym kierunku była ryzykowna, ponieważ brzeg skręcał na północ. Idąc w tym samym kierunku niemal na pewno dotarłbym na wybrzeże, co nie byłoby dla mnie bezpieczne. Odwróciłem się w kierunku, z którego szedłem i spojrzałem na morze. Promienie słońca migotały na spokojnych falach niczym iskry, ale na oceanie dało się zauważyć coś więcej. Tnąc spokojną toń płynęły z zachodu na pełnych żaglach dwa szabrowniki. Choć nie mogłem zidentyfikować z tej odległości żadnego z okrętów, to wszystko było dla mnie jasne:
– Tak jak się spodziewałem. Kłamliwe ścierwa. Muszę iść w góry, by nie być zbyt blisko brzegu. Może w którejś z osad na północy znajdzie się ktoś, kto pomoże mi odzyskać statek. – rzuciłem w przestrzeń i ruszyłem na północ, ku wielkim nieprzystępnym górom. Obracając się za siebie zobaczyłem jeszcze jak od jednego z szabrowników odpływa mniejsza łódka i kieruje się na plażę, na której zostawiłem słupa. „Pięknie bym się urządził gdybym nie pozostawił statku.” pomyślałem. I faktycznie: szabrowniki pruły fale z prędkością nieosiągalną dla mojej byłej szalupy. Gdybym próbował uciekać morzem to dopadliby mnie w ciągu jednego dnia.
– Dobrze, że przynajmniej to przewidziałem. – powiedziałem do siebie. – Szkoda, że nie ma żadnej alternatywy. Wędrówka przez góry nie zapowiada się zachęcająco. – Wkraczałem właśnie w góry. Zrobiło się tak zimno, że zacząłem żałować oddartych na bandaże kawałków materiału, ale ostatecznie wtedy nie miałem wyboru. Zieleń została zastąpiona przez wszechobecną szarość nagich skał. Wokół było ponuro i nieprzyjemnie. Mimo, że w pobliżu nie było ani żywej duszy to stale czułem się przez kogoś – lub może raczej przez coś – obserwowany. Chyba nawet zaczęła mi doskwierać samotność. To zaskakujące, bo jeszcze kilka dni temu marzyłem, bym był sam. Znienawidzony pirat swoimi działaniami wykazywał przynajmniej zainteresowanie moją osobą. Tutaj nic. Nikogo, przeciwko komu mógłbym działać. Tutaj moim jedynym przeciwnikiem mogłem być ja sam.
„Obym tylko nie zwariował. Już kilka dni temu słyszałem głosy. W takim ponurym otoczeniu może być tylko gorzej.” pomyślałem smętnie.
Tak rozpoczął się długi marsz.

Marsz

Ruszyłem naprzód w siną dal
Bezbarwnym traktem przed się idąc,
W milczeniu sunąc niby wiatr,
Po szarym morzu smutku płynąc.

Kolejna góra, kolejny szczyt
i w dolin ciemnych znów upadek
Bez wątpliwości, myśli, skarg.
Cel przecież jasny: muszę dać radę.

Noc ciemna, mgła: przedziwne mary.
Z daleka widzę: łódź i maszt.
Podchodzę bliżej: świerk i skały.

Za skrętem ścieżki pośród gór
Nadzieja znów mi zaświtała:
„Czyżby to koniec był ich już
Czyżby tam świeża rosła trawa?”

Podchodzę bliżej ścieżką tą,
Za zakręt zerkam ufnym wzrokiem:
Zamiast zieleni szarych skał zrąb.
Zrezygnowanym idę krokiem.

Kolejny dzień wędrówki. Dokoła tylko szare skały i gdzieniegdzie samotne, na ogół obumarłe drzewa. Zapasy żywności wyniesione jeszcze ze statku-więzienia zmniejszały się równie szybko co nadzieja na zobaczenie na horyzoncie czegoś innego niż zimne, nieprzyjazne skały. Moje stopy błagały o chwilę odpoczynku, ale wiedziałem, że nie mogę się zatrzymać. „Co by było, gdybym zrobił sobie zbyt długi wypoczynek, a później zmarł z głodu widząc na horyzoncie pierwsze kępy soczystej trawy i grządki dzikiej marchwi będąc o kilka godzin marszu od nich?”
Już porządnie się ściemniło. „Tak czy inaczej będę musiał zatrzymać się na kilka godzin”. Myślałem, że kierując się na północny-wschód przebędę góry po kilku-, kilkunastu dniach. Minęło już znacznie więcej, a końca szaroburej masy skał widać nie było.
– Może to na szczycie właśnie którejś z tych gór czeka na mnie moje szczęście? – zapytałem sam siebie po czym roześmiałem się. „Czemu akurat teraz przypomniały mi się te słowa?” pomyślałem.
– Dobre pytanie. – powiedział zimny głos za moimi plecami. Odwróciłem się zatrzymując. Tak jak się spodziewałem stała za mną wysoka postać w czarnym płaszczu z kapturem dzierżąca w rękach kosę.
– Znowu? – zapytałem beznamiętnie nie licząc na uzyskanie odpowiedzi. Zacząłem iść naprzód jakbym nic sobie nie robił z pojawienia się tej postaci.
– Długo zastanawiałem się, czy cię odwiedzić. Muszę przyznać, że to co dokonałeś zrobiło na mnie niemałe wrażenie, mimo tego, że okazałeś się zbyt słaby by pokonać tamtego pirata w uczciwej walce. – zrobił znaczącą pauzę – Uratowałeś się, lecz straciłeś okręt. Teraz nie masz nic i trzymasz się przy życiu nadzieją, że zdołasz przebyć te góry i w końcu zakończysz swoje śmieszne posłannictwo. Jak myślisz, jakie masz na to szanse? Co takiego się stanie, że będziesz w stanie samotnie wybić cały piracki port by odzyskać swój stateczek? Jeszcze kilkadziesiąt dni temu z radością przyjąłeś łaskawą propozycję oddania kilku cennych drobiazgów za możliwość ucieczki. Mogłeś dalej walczyć, ale poddałeś się i uciekłeś. Wiesz co to znaczy? Jesteś tchórzem. – przerwał swój monolog, a ja nie odzywałem się przez dobrych kilka minut. Dopiero po chwili rzekłem:
– Twoje słowa są mało warte. Sam mówiłeś mi na statku, że umrę, a ja – jak na złość – wciąż żyję. Czemu niby mam wierzyć w prawdziwość któregokolwiek z twoich słów?
– Skąd ten typowo ludzki pośpiech? Nie mówiłem ci przecież, że umrzesz dokładnie tam i wtedy. Masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego czy to kiedykolwiek nastąpi? Daj mi więcej czasu a zobaczysz co potrafię. Natomiast co do moich słów to wykazujesz naprawdę naiwne podejście. Słowa należy uznać za prawdziwe nie wtedy, gdy wypowiada je osoba godna zaufania a gdy uznasz, że są przesłanki by sądzić, że są prawdziwe. Takie naiwne podejście jeszcze nie raz zaszkodzi ci w przyszłości.
– To oznacza przynajmniej, że będę miał jeszcze jakąś przyszłość. Twoje gadanie na pewno nie sprawi, że siądę na najbliższym kamieniu i będę czekać na śmierć. Jeśli na to liczyłeś to szkoda twojego czasu.
– Daruj sobie. Lepiej od ciebie wiem po co tu przybyłem i nie ma potrzeby, bym ci się z tego tłumaczył. A tak się składa, że mnie czasu nigdy nie brakuje, ponieważ nie jestem przez niego ograniczony.
– Skoro nie masz mi nic do powiedzenia, to możesz iść.
– Nie ty będziesz o tym decydować, ale i tak miałem taki zamiar. Dziś w nocy będę miał dużo pracy. – zachichotał w sposób który sprawił, że ciarki przeszły mi po plecach. – Do zobaczenia… w twojej przyszłości.

Epilog
Krwawy Świt

Stary Pirat wyszedł z portu po skończonej pracy z oczyszczeniem pokładu.
Zdobycie tego statku wymagało od niego kilkunastu lat ciężkiej pracy i dużych umiejętności, ale w końcu się udało. Od conajmniej kilkunastu dni stał już w porcie bez nieproszonych gości na pokładzie. Bolał trochę fakt, że były właściciel statku zdołał zbiec mimo, że niemalże mieli go w garści a także niepotrzebna śmierć młodej piratki. Ten stary wojownik nieźle dał się we znaki i istnieją obawy, że wyrządzonej mu krzywdy i odebrania statku tak po prostu nie zostawi. Pewnie będzie próbował tu wrócić, być może z przyjaciółmi. Na szczęście odnaleziona na wybrzeżu szalupa uprawdopodabnia tezę, że ucieka na piechotę przez góry. Tam może mu się przydarzyć wiele nieprzyjemnych przygód. Może umrze z głodu? Może rozszarpią go dzikie zwierzęta? Nawet jeśli będzie miał szczęście to można spokojnie liczyć kilka lat spokoju. Zresztą nie był to przecież pierwszy człowiek, który uciekł z tego portu i jakoś nie zjawił się tu powtórnie. Po prostu trzeba mieć się na baczności z szablą gotową do działania. Takie już sobie wybrali zajęcie. Kto nie chce w spokoju kopać marchewek ten musi liczyć się z ryzykiem odwetu, zwłaszcza jeśli nie zawsze wykonuje swój fach z równą starannością. Stary Pirat był w tej kwestii akurat jedną z najsolidniejszych osób i tym bardziej pluł sobie w brodę, że nie zakończył sprawy z tym byłym właścicielem statku. Niestety, okazało się, że po siedmiu dniach nie jest już w stanie dotrzymać tempa przeciwnikowi. W tym aspekcie wróg okazał się lepszy. Nawet dużo później, gdy z pomocą innych piratów ściągał z pokładu zmasakrowane ciało piratki musiał przyznać, że ten człowiek okazał się być godnym przeciwnikiem.
Nie powiedział o tym, że odrzucił ofertę wymiany statku za życie piratki. Nie powiedział, że sam otworzył przeciwnikowi pokład słupa. Niestety nie wszystko poszło po jego myśli, bo ten człowiek uciekł, choć wydawało się być to niemal niemożliwe. Cała ta pogoń miała się zakończyć szybkim sukcesem i przydybaniem starego wojownika na środku morza. Wtedy łatwo możnaby wszystko wytłumaczyć i nikt nie miałby żalu o takie rozwiązanie sprawy. Tamten okazał się jednak sprytniejszy i przynajmniej jeszcze przez jakiś czas pożyje. Poszukując pozytywnych aspektów sprawy trzeba pamiętać, że ostatecznie szabrownik z niemałym ładunkiem oraz jakże cenny teleskop wpadły w ich ręce. Życie jednej umiarkowanie przydatnej osoby to nieszczególnie wysoka cena za tak wartościowe łupy.
Widocznie jednak przynajmniej część piratów była innego zdania. Choć ze względu na wiek i pozycję Starego Pirata nie mówili tego głośno, to szeptali za jego plecami i odnosili się do niego dużo chłodniej niż kiedyś.
Stary Pirat nie dbał o to. Jak zwykle trzymał się na uboczu i nie czuł się z tego powodu szczególnie nieszczęśliwy. Miał wszystko co chciał i w końcu, po wielu latach wytężonej pracy miał możliwość w spokoju odpocząć bez wiszącego nad głową ostrza miecza. Wszystko co osiągnął dokonał własnymi siłami, więc nie było powodu, by dzielił się zyskami.

Nie skierował się więc do Domu Wspólnego, lecz minął go i usiadł przy jego bocznej ścianie na ławce zbudowanej z przeciętego na pół dębowego bala. Po odłożeniu szabli na ławce sięgnął po nożyk, którym zaczął strugać drewnianą fujarkę. Tak zastała go noc. Gdy poczuł się senny po prostu upuścił nożyk i zasnął tak jak siedział. W końcu w swojej własnej osadzie nie miał się czego obawiać. Współmieszkańcy mogą go nie lubić, ale na pewno nie odważą się zrobić otwarcie niczego przeciwko niemu.
Żaden z piratów nie zwrócił uwagi na pojawiającą się na dalekim horyzoncie ledwo możliwą do wychwycenia oczyma zorzę. Słaba na tyle, że nie dawała światła porównywalnego choćby z księżycem, ale tak piękna i ulotna, że zwróciłaby na siebie uwagę każdego wrażliwego obserwatora. Piraci do takich ludzi nie należeli. Cała osada osunęła się w ramiona słodkiego snu.
Jednak nie wszystkim w okolicy dane było spokojnie zasnąć. Na wschodzie zza horyzontu wyłaniała się sylwetka potężnego statku pod pełnymi żaglami. W dzień zostałby zauważony bez trudu, lecz po zapadnięciu zmroku był niemal niemożliwy do wypatrzenia. Wszystkie światła na jego pokładzie zostały zgaszone, a osoby na pokładzie zachowywały absolutną ciszę. Ani jedno, ani drugie nie było zresztą konieczne, bo nieliczni piraci którzy jeszcze jako tako trzymali się na nogach ani myśleli przyglądać się morzu. Kilku mocno podchmielonych zabijaków grało w kości w głównej izbie Domu Wspólnego i ostatkiem sił zmagało się ze snem.
Milczące postacie na statku doskonale wiedziały, dokąd zmierzają i jaki jest ich cel. Długo omawiany i wielokrotnie przypominany plan drobiazgowo określał działania każdego z marynarzy. Topory dzierżone przez potężne, niczym odlane z ołowiu postacie błyszczały w mdłym blasku księżyca. Byli gotowi do starcia z niczego niespodziewającymi się bandytami.
Po dalszej godzinie szabrownik pełen Milczących Mścicieli przybił do portu. Postacie jedna po drugiej zeskakiwały na ląd bacznie lustrując wnętrze przystani. Mężczyzna na czele zauważył pijanego młodzika opartego o ścianę zewnętrzną portu. Młodzik ten także coś wyczuł, ponieważ mimo swego nieciekawego stanu ocknął się i zaczął wodzić po okolicy mętnym wzrokiem, a następnie wstał gdy zobaczył grupę nieznajomych. Zauważył, że coś się święci, ponieważ wyciągnął zza pasa krótki miecz. Nie zdążył go jednak podnieść w górę, ponieważ spadł już na niego pierwszy cios topora bez trudu rozłupując czaszkę. Kolejna osoba podbiegła do niego i rąbnęła od prawej w bok. To wystarczyło. Młody pirat uderzył z impetem o ścianę i padł martwy na ziemię. Jeden z mścicieli przeszukał ciało, lecz nie znalazł przy nim nic ciekawego. Reszta ruszyła dalej i zatrzymała się dopiero przy wrotach do portu. Cały port otoczony był murem, więc jedyna droga na ląd prowadziła właśnie przez nie, a zatem kontynuacja akcji wymagała pokonania przeszkody. Z okrętu zniesiono taran, który złapany przez kilka par silnych ramion zaczął raz za razem z wielką siłą uderzać o okute stalą dębowe wrota. Niemożliwe było, aby nikt w osadzie nie usłyszał tego hałasu.
Po drugiej stronie jeden z młodych piratów przebudzony głośnym stukotem popędził obudzić resztę osady. Odwiedził Dom Wspólny, z którego już po kilku minutach zaczęły wychodzić rozespane postacie ludzkie. Przecierając zaspane oczy i kręcąc głowami zebrali się na placu by dowiedzieć się z jakiego powodu jakiś chłystekśmie budzić ich późną nocą. Słysząc z portu złowieszczy stukot szybko otrzeźwieli i zaczęli dyskutować. Po chwili kłótni ustalono, że z portu chce się dostać na plac więcej niż jedna osoba i że przybysze nie mają przyjaznych zamiarów, skoro od razu zabrali się za wyważanie zamka. Zdanie pewnej kobiety, że jest to jakiś obdarzony nadludzką siłą kupiec, który chce ze wszelką cenę sprzedać swoje towary skwitowano krótką salwą nerwowego śmiechu. Czas mijał a wrota zdawały się słaniać pod otrzymywanymi razami. Ostatecznie piraci ustawili się w dwuszeregu czekając na wyważenie wrót i nieunikniony atak. Po przełamaniu bramy mieli rzucić się do ataku całą grupą i zaskoczyć w ten sposób napastników. Wyczerpani, niewyspani i pijani obszarpańcy myśleli, że są gotowi do spotkania z zaprawionymi w bojach ludźmi ze stali. Na linii horyzontu z morza za portem wyłaniała się okrągła tarcza słońca rzucająca na wioskę pierwsze nieśmiałe promienie.
Kolejne uderzenie. Wrota rozwarły się na oścież. Tuż za nimi czekało już kilku wojowników z kuszami. W ułamku sekundy wystrzelone równocześnie bełty przeszyły powietrze i zatopiły się w ciałach piratów. Kilku bandytów padło na ziemię zalewając się krwią. Reszta zdezorientowana pozostała na swoich pozycjach. Nikt nie miał dość odwagi, by jako pierwszy ruszyć do ataku. Z portu wysypało się kilkanaście postaci trzymających nad głowami ciężkie topory bojowe przygotowane do zadania morderczego ciosu. Byli niczym potężna fala zbliżająca się do wątłego, zniszczonego walką z żywiołem statku – przerzedzonej grupy piratów stojącej kilkanaście kroków dalej. Kilka sekund. Anioły Zemsty dopadły do piratów i z impetem uderzyły w pierwszy szereg. Kolejne ciała bandytów upadły bez życia na ziemię. Krew lała się strumieniami utrudniając rozeznanie w sytuacji. Jeden z wojowników raniony mieczem w brzuch został odciągnięty z powrotem do portu przez swych towarzyszy. Reszta dalej toczyła walkę, czy też raczej prowadziła regularną rzeź przeciwników.
Stary Pirat dopiero przed chwilą obudził się i momentalnie zrozumiał, że nie jest dobrze. Widząc śmierć kolejnych kamratów chwycił szablę i zdawałoby się, że zrobił najgłupszą rzecz jaką tylko mógł – popędził wprost w paszczę lwa: w kierunku wrót do portu. W pełnym pędzie odepchnął jednego z wrogów i był już o kilka kroków od wrót portu. Jeden z pozostałych przy życiu młodych piratów zdołał wymknąć się z otoczenia i zaczął biec w tym samym kierunku co Stary Pirat licząc, że zdoła wraz z nim uratować swe nędzne życie, lecz miał od niego mniej szczęścia. Mając młodego pirata poza zasięgiem ramion jeden z wojowników zamachnął się i rzucił toporem prosto w jego plecy. Otrze wbiło się głęboko powalając młodzika na ziemię. Stary Pirat będąc o krok od wrót odwrócił głowę w tył i zobaczył ledwo dyszącego pirata z ręką wyciągniętą w jego kierunku w błagalnym geście. Zauważył też, jak inny wojownik również składa się do rzutu – tym razem celem miał być właśnie on. Odwrócił głowę i nie zatrzymując się wbiegł do portu. Wirujący topór przeszył powietrze trafiając w miejsce, gdzie jeszcze przed sekundą znajdował się Stary Pirat. Topór przeleciał przez otwór drzwi i wbił się w burtę cumującego na wprost wejścia statku. Chybił. Tymczasem Stary Pirat kopniakiem potraktował nic nie spodziewającego się wojownika, który kucał koło wrót i zajmował się właśnie opatrywaniem rannego towarzysza, po czym wbiegł wprost na pokład jednego ze zrabowanych przed laty okrętów. Wiedział, do której kajuty skierować się aby znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Otwarł drzwi, wszedł do środka i zablokował je pakunkami z żywnością. Przeżył, lecz był w niewątpliwie beznadziejnym położeniu.
Coś mu to przypominało.

Po kilku minutach było po wszystkim. Drgające, pokrwawione i rozczłonkowane ciała potworów, które jeszcze do niedawna terroryzowały okolicę mordując niewinnych podróżników leżały pogrążone w wiecznym śnie. Wstawał krwawy świt, promienie krwistoczerwonego słońca oświetlały pole tej jakże krótkiej i jednostronnej bitwy. Żelazna dyscyplina i bezinteresowna odwaga nie dała najmniejszych szans w walce przeciw stadu bezmózgich kreatur. Niedobitki, które schroniły się w Domu Wspólnym lub osoby nie będące nawet w stanie stanąć do walki zostały rozniesione na mieczach i toporach. Nie przeżył żaden z piratów.
Żaden poza jedynym, który w ostatniej chwili zdołał schronić się w kajucie jednego z okrętów.

* * *

– Jaki będzie koniec tej opowieści? Czy zdołam dotrzeć do celu i zakończyć swoją misję? – rzuciłem w przestrzeń.
– Znam odpowiedź na to pytanie, ale ani myślę ci jej udzielać… – odrzekła zakapturzona postać z kosą idąca o krok za mną. – Pewnie myślisz, że jeśli zdołasz dopełnić swego przyrzeczenia to czekać cię będzie za to nieśmiertelna pamięć, a przynajmniej zostaniesz doceniony. Nie licz na to. Nie uczyniłeś nic nadzwyczajnego – po prostu rozpaczliwie broniłeś swego życia – a poza tym pewnie nikt ci nie uwierzy. Najpierw ludzie powiedzą, że swoją historię podkoloryzowałeś. Później, że wcale jej nie przeżyłeś. Później, że nigdy nie istniałeś. Czas jest prawdziwą potęgą.
Scisnąłem w dłoni rulon gęsto zapisanego papieru mówiąc:
– Dzięki temu nie zginę nigdy, a co będą o tym sądzić inni to już nie moja sprawa. Nie szukam sławy czy chwały. Wystarczy mi, że ja wiem, jak było naprawdę.
– Jesteś uparty, ale to dobrze. Przyda ci się to jeszcze w dalszej podróży. A póki co: żegnaj, a raczej: do zobaczenia. Będę cię obserwował. – wypowiedział swym zimnym i beznamiętnym głosem. Gdy po chwili obejrzałem się do tyłu nie zauważyłem za sobą nikogo.
„Czyżby otwierał się kolejny etap mej opowieści?” pomyślałem docierając ścieżką na szczyt kamiennoszarego wzniesienia. Moim oczom ukazał się umiarkowanie stromy stok prowadzący ku zielonym łąkom pełnym wszelakiej roślinności, która niesamowicie kontrastowała z widzianą przeze mnie przez ostatnich kilkadziesiąt dni szarością skalnych zboczy i wzniesień. Czułem się niemal jak zwycięzca, lecz wiedziałem, że daleko do jakiejkolwiek cywilizowanej osady a jeszcze dalej do ostatecznego celu mej wędrówki.

Napisał Ostatni Zakonnik
avatar
  Subscribe  
Powiadom o