Przykład spisanej historii z Cantra

Cantr pokazuje, że słowo w grze tekstowej powinno kończyć się dopiero na wyobraźni gracza:

Ocknęłam się w Emergyld niedaleko Tartaru na Aldurei. Wokół nie było nikogo, a ja nic nie mogłam sobie przypomnieć. Pierwsze co zobaczyłam to woda, kamienie i tonący na horyzoncie statek. Morze wywaliło na brzeg trochę solonych ryb, kamieni drewna. To było dziwne miejsce, dziwię się że nie zginęłam. Emergyld to miejsce gdzie są najwyższe klify na całej wyspie. Przez całe ranki toną w niewiarygodnym cieniu. Mroczne miejsca i pełne martwych, skalistych jaskiń. Wyruszyłam w stronę Tartaru, z mapy wnioskowałam, że tam są ludzie.
Przeszłam przez Urdantaal, co znaczy dosłownie „Martwe Miejsce”. Nazwa o tyle słuszna, że nie ma tam i nic, i cała okolica to słona woda do kostek i glony na podwodnych skałach. Przeszłam nie zatrzymując się tam i dotarłam do Edanlias. Tam spotkałam pracowników ekipy drogowej i… Prostytutkę.

Ciąg dalszy notki tekstowej z naszej przygodowej gry:

Dacie wiarę? W takiej dziurze. Podrapałam się w głowę i pomyślałam o tym że teraz to tylko uciekać z tej zatęchłej dziury. Pewnego dnia szukając w lesie jagód doszłam do plaży. Plaża poorana była Drewnianymi deskami. Pewnie pozostałości po statku który widziałam. To jest to, pomyślałam i szybko zorganizowałam sobie młotek, z tego co znalazłam gdy się ocknęłam. No i ognia, drewna starczyło mi na długą łódź. Jedna z desek miała napis Tohomiko xiaolin, połapałam trochę ryb na drogę, gdy już miałam prywatny składzik. Wypłynęłam na zachód, prosto tutaj. Od razu po języku zrozumiałam że coś jest nie tak. Poza tym, niedawną dzikuskę przytłaczał ogrom miasta. Udało mi się dogadać z Hegemonem popracowałam trochę na slupa. Jarl wyjechał robota stanęła, robić coś trzeba. Na placu poznałam dwie dziewuchy chętne do współpracy. Dały mi swoje rzeczy jako zastaw, że nic się nie stanie. Ja ze swoich gratów dałam im tarcze z tych które wyrzuciło morze. Odkupiłam się trochę, miały kilka

Opis postaci z gry przygodowej

Opis postaci z Cantra

potrzebnych gadżetów. Kopiemy kamień myślę, łódź pojemna, kamień zawsze gdzieś sprzedam. Dziewczyny jednego dnia się rozeszły bez słowa. Nie poprosiły o nic, nawet o zwrot depozytu. I to w dwie różne strony. Oooo, coś jest nie tak -myślę. Ale czasu by się nad tym zastanawiać miałam niewiele, bo tuż potem wraca Nowy, Stary Hegemon. Ląduję w warsztacie, znowu. Tym razem przy kręceniu liny. Szło mi beznadziejnie, ale cieszę się że dostałam tę pracę. Teraz łatwiej mi żeglować. Potem jakieś kulki ze szkła. Okropna, męcząca robota, gorąca dobija. Skończyłam. „Drewno na slupa” krzyknęłam no i do pracy. Jak tylko zaczęłam zbijać pierwsze deski Pani Hegemon mówi mi że na szabrownika mogę zarobić bo pomocy mojej trochę potrzebują. Dużo nie myśląc, bo widziałam przecież takie statki w porcie, mówię: Zgoda. To jeszcze mi dwadzieścia dni pracy doliczono i z powrotem do warsztatu poszłam. Tam jeszcze przy linach i żaglach się zatrzymałam. A na koniec z własnego czasu, kamienną kotwicę sama sobie jeszcze wykułam. Ze statkiem szło mi opornie, szybko wyszło na jaw że szkutnikiem to ja nie jestem. Wzięłam więc materiały ze statku, poszły pod młotek za żelazo, no i za to kupiłam sobie czas dwóch Bojvingów. I słusznie zrobiłam bo nikt by mi lepszego statku nie wystrugał od nich. Po dziesiędziu dniach, pierwszy raz postawiłam stopę na pokładzie. Cudowne uczucie… Tak to też udało mi się wrócić na morze. (…)

//tekstu użyczył cantryjczyk - Lena Katina//

Rejestracja -> www.cantr.net

avatar
  Subscribe  
Powiadom o