Stara Opowieść – cz. 2

Część 2

Rozdział 2

Minęło już jedenaście lat od momentu, gdy Kirin uciekł kradzionym statkiem z Milna i dotarł do ogromnego miasta – Woloan. Tam znalazł dla siebie pracę. W zasadzie harował od świtu do nocy, by zarobić na utrzymanie starając się zapomnieć o swojej przeszłości. Niemal mu się to zresztą udało. Trzymał się z dala od innych ludzi i z obawy o swoje życie nie zdradził nikomu kim jest.
Z początku interesował się wieściami z Milna, które docierały do Woloan. Głosiły one, że władzę w mieście przejął niejaki Pabius. Miało się to stać zgodnie z ostatnią wolą umierającego przywódcy Ronnera, który zginął z rąk spiskowców. Pabius okazał się być dobrym przywódcą. Dowodem na to miał być fakt, że już wkrótce po przejęciu władzy wyśledził Bernana, domniemanego przywódcę spisku a oficjalnego mordercę Ronnera i zabił go podczas próby aresztowania. Umocnił swoją pozycję i stał się zdecydowanym przywódcą Imperium. Taka nomenklatura z jednej strony bawiła mieszkańców Woloan, ale z drugiej spowodowała pewne niepokoje w królestwie: „Jak to możliwe, że potężne państwo ze stolicą w monumentalnym Woloan jest królestwem, a jakieś państewko na krańcu świata nazywa siebie Imperium? Może rzeczywiście jest potężniejsze od nas?” pytali mieszkańcy najdumniejszego miasta świata. Spowodowało to przez jakiś czas żądania wzmocnienia znaczenia króla, aby władza skupiona w ręku jednego człowieka zapewniła skuteczne rządy. Po krótkim czasie emocje opadły, jednak w umyśle króla pozostawiły poczucie, że nie ma wszystkiego, co mu się należy.
Bieżące problemy dnia codziennego sprawiły, że Kirin wkrótce przestał interesować się „swoim” miastem. Poznał Yennę, kobietę w której zakochał się i z którą miał nadzieję spędzić resztę życia. Odwzajemniała jego uczucie, więc już wkrótce chciał podjąć dalsze oficjalne kroki. Nie było mu to jednak pisane.
Po jedenastu latach spokojnego życia w państwie wybuchła wojna domowa – kilka leśnych osad na obrzeżach królestwa postanowiło uniezależnić się od stolicy i ogłosiło niepodległość. Król uznał to za akt zdrady i ogłosił mobilizację przejmując tymczasowo władzę cywilną i wojskową. Nietrudno się domyślić, że przywódcy secesjonistów już wtedy zauważyli głupotę swojej decyzji beznadziejność obecnej sytuacji. Z powodu braku jakiegokolwiek wojska za wyjątkiem nielicznej i naprędce skleconej milicji próbowali zażegnać konflikt dyplomatycznie godząc się na powrót dawnych porządków oferując w dodatku znaczną kontrybucję. Król był jednak nieugięty. Odrzucił wszelkie oferty i na czele armii najechał i wymordował wszystkie osady, które śmiały się sprzeciwić jego władzy.
Kirin podobnie jak wielu innych zgłosił się do armii licząc, że zdoła podczas tej wyprawy choć trochę zarobić i pokazać swe przywiązanie do nowej ojczyzny. Niestety nie wziął udziału w walkach, bo tak wielka liczba powołanych żołnierzy okazała się być zupełnie zbędna. Po powrocie z krótkiej, bo zaledwie kilkunastodniowej wojny król i żołnierze zostali przywitani jak zwycięzcy i bohaterscy obrońcy obecnego ładu. Król w żywiołowym przemówieniu po zakończeniu defilady zwycięstwa stwierdził, że jego działania okazały się zaskakująco skuteczne i uważa, że dla dobra królestwa i mieszkańców należy pozostać przy obecnym systemie sprawowania władzy. Ku uciesze tłumu ogłosił się władcą absolutnym.
Dan Marviusowi przypomniały się wtedy czyny Ronnera. Odżyły wspomnienia. „Ten król może panować nad swoim państwem a mnie bezprawnie odebrano prawo do MOJEJ własności. Pabius z pewnością jest bezwzględnym władcą i ludność Milna cierpi pod jego jarzmem. Ja na pewno byłbym lepszym przywódcą, przecież rządzenia nauczał mnie sam Dan Mazog.” Poczucie niesprawiedliwości nie skłoniło jednak Kirina do powrotu do Milna.

Podczas jednej z wędrówek po wąskich uliczkach metropolii Kirin zobaczył nie tak rzadką w tych stronach sytuację: dwóch mężczyzn uzbrojonych w sztylety osaczyło i starało się obrabować samotnego mężczyznę wyglądającego na podróżnika. Kirin podszedł i zażądał by dwóch zabijaków odpuściło. Zbirowie roześmiali się, a jeden z nich rzucił się na Kirina.
Jego umiejętność posługiwania się nożem była tak żałosna, że Dan Marvius bez problemu chwycił uzbrojoną rękę napastnika i wykręcił mu ją wyrywając staw łokciowy z panewki. Okaleczonemu agresorowi broń sama wyleciała z ręki, a on wraz z towarzyszem uciekł nim Kirin zdołał choćby mrugnąć.
W tych okolicznościach, zdawałoby się zupełnie przypadkowo, Kirin poznał Zaronda. Był on dziwnym podróżnikiem o niesprecyzowanym celu podróży, który na pytanie skąd przybywa odpowiadał wymijająco „z daleka”. Zarond nie miał gdzie przenocować z powodu braku miejsc w karczmach, więc Dan Marvius zaproponował ugościć go u siebie, zwłaszcza, że podróżny był gotów zapłacić nawet bardziej niż godziwie. Następnego dnia okazało się, że nadal nie ma miejsc w karczmie a Zarond wyraźnie na coś czekał nie wyjawiając o co chodzi. Tak minęło kilka dni.
Wtedy to mieście gruchnęła wiadomość o rychłym przybyciu przedstawiciela Milna, niejakiego Rostana, który jest uważany za następcę Imperatora Pabiusa. Zarond wyraźnie ożywił się wypytując o wszystko na ten temat, a Kirin uznał na konieczne udawać niezbyt zainteresowanego.
„Nie możesz się tym nie interesować. Przybycie takiej ważnej postaci to znaczące wydarzenie w życiu takiego szanującego się miasta jak Woloan. Cholera, tak w ogóle to polubiłem cię i ciężko będzie się z tobą rozstać by ruszyć w dalszą drogę. No, raczej nie inaczej.” – te słowa wryły się w pamięć Kirinowi i nie chciały go opuścić. Tymczasem przybył statek Rostana. Spodziewano się potężnego galeonu wypchanego do granic możliwości służbą i strażą, a do portu przybił zwykły slup z jedną osobą na pokładzie. Mieszkańcy byli zażenowani i zawiedzeni tym bardziej, że wyolbrzymione plotki znacznie zwiększyły ich apetyty.
Milno zaczęto powszechnie uznawać za prowincjonalną wioskę, którą nie warto się interesować. Król mając ważniejsze sprawy na głowie odmówił nawet oficjalnego spotkania z przybyłym. Król miał przecież co robić: po likwidacji rady królewskiej władza nad całym państwem spoczywała na jego barkach. Kirinowi coś zaczęło z kolei świtać w głowie. Po otrzymaniu odpowiedniej sumy pieniędzy strażnik portowy przypomniał sobie, że Zarond przybył do Woloan na statku płynącym z północy. To i kłujące „raczej nie inaczej” sprawiło, że w oczach Kirina wszystko stało się jasne. „Zarond to szpieg z Milna, a być może i zabójca nasłany na mnie przez Pabiusa” stwierdził bez choćby krzty wątpliwości. Trapić zaczęła go także sprawa Rostana: „Po co tu przybył? Czyżby miał nadzorować wykonanie woli Pabiusa lub wykonać ją osobiście? Jeśli tak, to mam związane ręce jeśli nie zdołam się go w jakiś sposób pozbyć.”
Rozwiązania obu problemów ruszył szukać w karczmie w najgorszej części miasta. Mieszkali tam zarówno ludzie ściągnięci przez różne problemy na samo dno a także osoby zawodowo zajmujące się rozwiązywaniem wszelkich problemów.
Kirin po postawieniu paru kolejek paskudnego piwa kilku szczególnie podejrzanym bywalcom karczmy uznał, że znalazł ludzi potrafiących rozwiązać przynajmniej jego pierwszy problem. Trójka pospolitych bandziorów zgodziła się za niewielkie pieniądze oddać mu niewielką przysługę, a za dużą opłatą zrobić niemal wszystko.
Torma, Ariusa i Abosa, bo tak się nazywali, Dan Marvius zaprowadził do swojego domu. Było już dobrze po północy, więc Zarond od dawna smacznie spał. Kirin z bandytami szybko i bezgłośnie zabili podróżnika, którego następnie zawinęli w dywan i wynieśli wprost do portu. Kirin planował wrzucić ciało do morza, lecz przyglądając się cumującym statkom wpadł na znacznie lepszy pomysł. Ciało Zaronda wrzucono na statek Rostana. Szybko wyczyszczony ze śladów krwi dywan wrócił do domu Kirina a dobrze opłaceni przez Kirina bandyci rozstali się z zapewnieniem o zamiarze kontynuowania owocnej współpracy.
Następnego ranka jeden z przechadzających się wybrzeżem marynarzy zauważył wystającą ponad burtę rękę ciała leżącego na statku. Zaalarmowana niecodziennym znaleziskiem straż już chwilę później dostała się na statek i zidentyfikowała ciało jako bliżej nieokreślonego trzydziestoletniego mężczyznę. W mieście zawrzało: morderstwa i rozboje w najgorszych częściach miasta były codziennością, jednak morderstwa w porcie nie było od dawna, bo mimo dużego zagęszczenia podejrzanego elementu straż panowała nad sytuacją.
Morderstw, kradzieży i porwań w porcie nie można było akceptować. Przybywający na statkach kupcy stanowili o potędze miasta, więc racją stanu było, aby czuli się tam zupełnie bezpiecznie. Nie wiedząc zupełnie kim jest zmarły ani nie obawiając się reakcji „marnego Imperium tylko z nazwy”, król dla uspokojenia nastrojów w mieście zawyrokował szybko i zdecydowanie: mordercą jest właściciel statku. Po krótkim pokazowym procesie Rostan został skazany na wieloletnie więzienie. Kirin był bezpieczny, lecz nie myślał już o spokojnym życiu w Woloan: zdecydował wrócić do Milna po to, co mu się prawowicie należy. Nie żegnając się z Yenną wsiadł na swój mocno już nadgnity stojący na uboczu stateczek i wraz z grupą bandytów wyruszył do Milna.

Rozdział 3

Niewiele później czwórka mężczyzn dotarła portu w Milnie. Tutaj nic się nie zmieniło: ten sam stary szkutnik, który pewnie zdążył już zapomnieć o utracie swojego statku oraz prosta polna droga prowadząca wprost do Milna. Równie zielona trawa i widoczna na horyzoncie za miastem puszcza – wszystko było dokładnie takie, jak Kirin to zapamiętał.
Do miasta przybyli jako nikomu nieznani podróżnicy. Na obrzeżach Milna znaleźli opuszczony magazyn, w którego piwnicy mogli spokojnie przedyskutować dalsze plany. Wieczorem Kirin samotnie opuścił kryjówkę aby przeprowadzić rozpoznanie. W ciągu nocy odwiedził między innymi najpodlejszą karczmę w mieście by zasięgnąć tam języka. Później udał się pod siedzibę straży miejskiej, którą obserwował z jednej z bocznych uliczek prowadzących z rynku. Najważniejszą
informacją, która jego zdaniem dawała szansę na powodzenie zamachu, było to, że Pabius mimo dzierżenia tytułu Imperatora osobiście pełni warty przy jednej z miejskich rogatek. W dodatku dzięki swoim ponadprzeciętnym umiejętnościom walki i bliskości stróżówki nie obawia się napaści. „Wystarczyłoby wywabić go stamtąd i przydybać większą grupą uniemożliwiając ucieczkę, a wtedy… ” pomyślał Dan Marvius.
Kirin wrócił do swej kryjówki tuż przed brzaskiem. Przekazał towarzyszom wszystko czego się dowiedział i przedstawił prosty plan morderstwa. Jego towarzysze po krótkiej dyskusji zaakceptowali plan w dokładnie takiej wersji jaką zaproponował Dan Marvius. Ustalono, że wykonany zostanie za trzy dni, a pozostały czas spożytkują na zbieranie większej ilości informacji na temat imperatora. Po odespaniu nocy Dan Marvius wyruszył wieczorem na kolejny rekonesans. Postanowił najpierw podsłuchać możliwie najwięcej w samym budynku siedziby straży.
Nie mógł lepiej – a może raczej gorzej – trafić.
Już podchodząc do uchylonej okiennicy budynku słyszał, że dzieje się tam coś godnego uwagi. Jednak dopiero słysząc pierwsze słowa rozmowy z trudem utrzymał się na nogach z wrażenia. I nie chodziło o to co, lecz kto mówi. Pierwszy z głosów – choć słyszał go przecież bardzo dawno – rozpoznał od razu: mężczyzną mówiącym podniesionym głosem był niewątpliwie Pabius. Dopiero głos kobiecy wprowadził go w konsternację. To był głos Yenny!
„Skąd ona się tu mogła wziąć?”, myślał gorączkowo, „Oby tylko Pabius nie wiedział, że jest związana ze mną. To przecież niemożliwe, aby dotarła tutaj przypadkiem…”. Potok myśli przerwały mu usłyszane ze środka słowa:
– …Proszę tak nie mówić. M-myślałam, że tu go odnajdę. On był tu chyba kimś ważnym. – powiedziała lękliwie Yenna. – Czemu w ogóle mnie zatrzymaliście?
– Tak, nadal jest kimś ważnym. Zdrajcą i renegatem! Rozumiesz to? I jestem pewien, że z nim współpracujesz. Jeśli chcesz się na coś przydać to powiedz mi, gdzie on się ukrywa. Zakończymy to szybko. Gadaj! – krzyknął Pabius.
Odpowiedział mu szloch. Kirin usłyszał uderzenie. Yenna zawyła głośniej, a Kirin odruchowo sięgnął dłonią po miecz. „Wpadnę do środka, porwę Yennę a nim ktokolwiek ze strażników zareaguje uciekniemy i będziemy już daleko. To plan godny opisania w baśni. Jednak… w takich wypadkach baśnie przemilczają to, że taki lekkomyślny bohater i jego ukochana w najlepszym wypadku giną przeszyci dziesiątkami bełtów wypuszczonych z kusz goniących ich strażników. Gdybym miał przy sobie moich bandziorów to moglibyśmy spróbować zaatakować ich z zaskoczenia i liczyć na sukces. Sam nie mam szans. Na pewno jest ich tam więcej.” pomyślał ze spuszczoną głową i poczuciem beznadziejności. Jakby na potwierdzenie jego myśli Pabius zwrócił się do kogoś w pomieszczeniu:
– Chyba rzeczywiście do niczego mi się nie przyda. Weźcie ją do lochów i zróbcie co chcecie. Albo nie… – podczas tej pauzy Kirin widział oczyma wyobraźni Pabiusa oglądającego się na okno, tuż za którym stał. – … nie ma potrzeby niczego przedłużać. To dotrze do uszu tego zdrajcy i upewni go, że wobec mnie jest bezsilny. – rzekł imperator chwytając coś w dłoń. Sekundę później do uszu Marviusa dotarł zduszony krzyk Yenny. Zadrżał, gdy usłyszał ciało opadające bezwładnie na podłogę. Był gotów rzucić się z mieczem na znienawidzonego wroga i zabić go, nawet jeśli miałby skończyć rozsiekany przez resztę strażników. Zrobił nawet pierwszy krok w kierunku do siedziby straży, lecz ostatkiem sił powstrzymał się i pomyślał: „Na to właśnie liczył. Yenna… już jej nie uratuję. Jedyne co mogę zrobić to zemścić się – teraz już nie tylko za śmierć Mistrza, ale i jej…”. Na wpół przytomny upewnił się, że nie został zauważony przez ludzi w środku i ruszył do karczmy.
Teraz nie miał wątpliwości – musiał jak najszybciej zgładzić imperatora lub wkrótce sam zostanie zabity. Starał się nie myśleć o Yennie. Mimo, że zostawił ją w Woloan bez pożegnania to czuł, że zrobił to przede wszystkim ze strachu o nią. Wiedział, że przebywanie w Milnie nie byłoby dla niej bezpieczne, ani że nie pochwaliłaby tego, co Kirin planował zrobić. Może nawet popłynąłby po nią po odzyskaniu władzy, ale teraz… wszystko przepadło.
Ale przynajmniej zniknęła ostatnia osoba, która mogłaby go powstrzymać przed przeprowadzeniem zaplanowanego zamachu.

Po dwóch dniach doskonalenia planu w oparciu o nowo zdobyte informacje czuł, że jest gotów. W końcu nadszedł świt dnia zamachu.
Zgodnie z ustaleniami Kirin, Torm i Abos odeszli nieco od miasta zatrzymując się za wyjątkowo dużym, mogącym służyć za ukrycie głazem. Przykucnęli za nim tak, aby od strony miasta byli całkowicie niezauważalni. Natomiast ostatni z grupy, Arius, podszedł do wyjścia z miasta przy którym wartę pełnił samotnie Pabius. Zaczął zabierać notatki wiszące na ustawionej po drugiej stronie ulicy tablicy ogłoszeń, by zwrócić uwagę Imperatora. Jakby tego było mało, kopnął jeszcze idącego przez ulicę bezpańskiego psa po czym zaczął uciekać z miasta nie reagując na nawoływania ze strony Pabiusa. Imperator nie czekając na posiłki ruszył za nim, nie wiedząc, że Arius celowo sprowadza go w kierunku ustalonego głazu. Arius dotarłszy do głazu odwrócił się i wyciągnął miecz.
Wtedy zgodnie z planem zza głazu wyskoczył przygotowany do walki Abos. Pabius przeklął pod nosem i także sięgnął po broń. Kirin obserwując wszystko zza załomu uśmiechnął się z zadowoleniem. Wiedział, że Pabius wierzy w swoje siły i na pewno nie zdecyduje się na ucieczkę. Był na to zbyt dumny.
Tymczasem Pabius nie zważając, że musi walczyć sam z dwoma przeciwnikami, rzucił się naprzód próbując jednym cięciem przepołowić Abosa. Abos był na to przygotowany. Dan Marvius polecił im obu nie atakować zanadto koncentrując się przede wszystkim na obronie, by przede wszystkim zmęczyć Pabiusa. Arius skoczył w stronę Pabiusa, ten oczywiście nie dał się zaskoczyć i w porę zablokował cios swoim mieczem. Spróbował skontrować, bez rezultatu. Przeciwnicy skotłowali się tworząc jakby jedną masę. Pabius będąc starszym po chwili zaczął ciężko dyszeć. Widać było, że się zmęczył. Mimo to sądził, że zdąży jeszcze zabić obu wrogów nim opadnie z sił. Arius i Abos jakby aby dodać mu otuchy zaczęli powoli cofać się na drugą stronę głazu. Pabius oczywiście wciąż nacierając ruszył za nimi. Po kilku chwilach takiej zachowawczej potyczki obydwaj bandyci odskoczyli na boki zostawiając Pabiusowi wolne pole. Dopiero teraz Pabius mógł zobaczyć coś więcej niż swych dwóch przeciwników. Zauważył Torma z wycelowaną w niego kuszą i spokojnie opierającego się o skałę Kirina.
Pabius od razu rozpoznał z kim ma do czynienia:
– Zauważam w tobie wielką siłę. Więc to ty, tak?! – krzyknął – Myślisz, że jesteś w stanie mnie pokonać? Przestań chować się za swoimi pachołkami i stań do walki jak mężczyzna. – powiedział ciężko dysząc. – Jestem pewien, że to czego nauczył cię twój tragicznie zmarły mistrz to zdecydowanie zbyt mało, by w prawdziwym pojedynku mieć ze mną jakiekolwiek szanse. – próbował sprowokować Kirina.
Kirin spodziewał się właśnie takiego rozwoju wypadków. Był spokojny. Wyciągnął miecz i rzucił się na Pabiusa z bronią przygotowaną do ciosu. Atakował szybko, lecz trzymał emocje na wodzy. Pabius obronił i odepchnął miecz przeciwnika. Zaatakował, lecz Kirin w porę zdołał odskoczyć. Znowuż uderzył a tamten się wybronił. Ciosy spadały na nich jak błyskawice, lecz obaj byli wystarczająco dobrze wyszkoleni, by uniknąć lub zablokować każdy z nich.
Po kilku minutach bezowocnej walki Kirin poczuł, że jego przeciwnika opuszczają siły. Pabius też to zauważył, więc zdecydował że musi zakończyć walkę jak najszybciej. Zebrał wszystkie siły jakie mu pozostały, zamachnął się i zadał potężny cios. Uderzenie runęło na miecz Kirina z taką siłą, że broń wypadła mu z ręki. Bezbronny Kirin odskoczył przed kolejnym ciosem i wyciągnął rękę po miecz Ariusa. Arius bez słowa rzucił mu ją odsuwając się w tył, by nie być w zasięgu żadnego z mieczy. Kirin odskoczył w bok przed kolejnym potężnym ciosem zadanym z zamachu. Miecz Pabiusa wbił się w ziemię. Nim ten zdążył go wyciągnąć i wznieść w górę na jego dłoń spadło szybkie cięcie.
Pabius wrzasnął i chwycił lewą ręką zakrwawiony kikut. Spojrzał na miecz z wciąż trzymającą go odciętą dłonią i zdążył tylko zatoczyć dokoła błędnym wzrokiem nim kopniak Dan Marviusa powalił go na ziemię.
– Zdziwiony, Dan Zudunie? – powiedział Kirin do leżącego na ziemi Pabiusa. Ten nie odpowiedział przyciskając tylko zakrwawiony kikut do piersi.
– Słuchaj… – zaczął – … wiem, że wiele przeze mnie wycierpiałeś. Zabiłem Dan Mazoga, ale nie zrobiłem tego z czystej żądzy władzy. To znaczy… oczywiście czułem, że będę lepszym przywódcą, ale przede wszystkim chodziło o zemstę, do której miałem absolutne prawo. Słuchaj, Ronner zniszczył mi… zniszczył NAM życie. Zniszczył nasze miasto, wymordował wszystkich najważniejszych dla nas ludzi. Słuchaj, – zawył – Ja… ja… – przełknął ślinę – jestem twoim bratem.
Kirin przyjął te słowa z kamienną twarzą:
– Mów szybko, nie zostało ci zbyt wiele czasu. – powiedział. Pomocnicy Kirina przyglądali się całej scenie ze zdziwieniem.
– No dobrze… Wiem, że nie pamiętasz swojej przeszłości. Nie wiesz nawet, skąd w ogóle wziąłeś się w Milnie. Ja wiem. Avrod też wiedział, ale jego w odpowiednim czasie poświęciłem, bo po przejęciu władzy stałby się zbędnym konkurentem. Zresztą zgaduję, że próbował ci o wszystkim powiedzieć albo nawet powiedział, a ty nie uwierzyłeś. – Pabius zacharczał ciężko – Ale nie o tym przecież miałem mówić…
… Przybyłeś tutaj wycieńczony nie wiedząc skąd się wziąłeś. Ronner potraktował cię dobrodusznie i przygarnął do siebie, lecz wiedział, że pochodzisz z miasta, które kilka dni wcześniej zdobył w zdradzieckim ataku i spopielił mordując przy tym niemal wszystkich mieszkańców. Ja, syn przywódcy miasta, przebywałem poza osadą gdy to wszystko miało miejsce i dzięki temu
uniknąłem losu innych mieszkańców. A ty… nie wiem jak udało ci się przeżyć. Nie mam też pojęcia czy Ronner wiedział kim dokładnie jesteś. Nie ma to już jednak znaczenia… – przerwał na chwilę dysząc ciężko – … powiedziałbym ci o wszystkim, ale wiedziałem, że prędzej uwierzysz Ronnerowi niż mnie…
… Gdy zobaczyłem łunę pożarów nad naszym miastem nie próbowałem zgrywać bohatera. Uciekłem przysięgając zemstę. Kilka lat spędziłem w okolicach Woloan pracując jako najemnik, później powróciłem jako wywodzący się z tamtych stron skuteczny wojownik i umiejętny dowódca. Dan Mazog myślał, że to on mnie „przyuważył”, lecz to ja sprawiłem, że wybrał mnie na swojego ucznia. Był wystarczająco łatwowierny, że nie domyślił się niczego aż do samego końca. – tutaj Dan Zudun mimo trzymania w drugiej dłoni zakrwawionego kikuta zaśmiał się złośliwie. – Musisz przyznać, że wtedy wszystko mi się udało i to ty pierwszy okazałeś się być idiotą. – spojrzał na swą pokrwawioną rękę i spróbował się podnieść. Kirin nadepnął mu butem na klatkę piersiową i docisnął do ziemi. Spojrzał na Torma, który swą kuszę miał wciąż wycelowaną w leżącego przeciwnika. Kiwnął głową, a Torm opuścił broń. Pabius przyglądał się wszystkiemu starając się nie poruszać. Dan Marvius z kolei wycofał stopę i zrobił krok w tył.
– Co teraz zrobisz? – odezwał się w końcu Pabius. Torm odszedł kilka kroków i przez szczelinę w głazie spojrzał w kierunku miasta:
– W naszą stronę zbliża się oddział straży. – mruknął. Kirin kiwnął głową. Pabius spróbował podnieść się z ziemi, co zważywszy na brak prawej dłoni nie było rzeczą prostą.
– Teraz już nic mi nie możecie zrobić. Jeśli zginę to straż na pewno nie pozwoli ujść wam z życiem. Razem możemy zdziałać znacznie więcej. – rzekł upadając na ziemię i krzywiąc się w bólu. Poczuł się bezpiecznie. Zupełnie niesłusznie.

Kirin podniósł trzymaną w dłoni szablę, zrobił zamach i z całej siły ciął Pabiusa od prawego ramienia do lewego uda tak, że niemal przepołowił ciało. Krew chlusnęła na ziemię a górna część ciała Dan Zuduna zaczęła drgać. Wiedział, że umiera. Nie chciał lub nie mógł już wypowiedzieć ani słowa. Kirin litościwie zrobił jeszcze raz zamach i jednym cięciem odciął mu głowę.
– Co teraz, szefie? – zapytał Abos odwracając wzrok od targanego konwulsjami ciała Pabiusa. – Mamy co najwyżej kilka minut. Jeśli zobaczą ciało Imperatora to nie wytłumaczymy się z tego w żaden sposób. Akurat tego dyskutując o planie zamachu nie omawialiśmy. Wiesz co teraz robić?
– Tak. Powiemy, że Imperator rzucił się za wami i spróbował zabić, lecz ty i Arius okazaliście się lepsi i zabiliście go kilkoma ciosami szabli. – Kirin rzucił szablę Ariusowi, którą ten zręcznie chwycił. Kirin następnie podszedł do swojej leżącej na ziemi broni i chwycił w dłonie nie przestając mówić:
– Ja i Torm popędziliśmy co sił w nogach, lecz przybyliśmy za późno… – Kirin podszedł na odległość kilku kroków od Abosa, trzymając w jednej ręce swój miecz a drugą żywo gestykulując – …by powstrzymać bandytów, którzy ostatecznie obaj zginęli po krótkiej walce.
– Zaraz, jak to? To się przecież nie zgadza? – rzekł Abos drapiąc się po głowie. Kirin kiwnął głową w kierunku Torma. Po pełnym napięcia momencie Abos zrozumiał. Otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Tymczasem Torm podniósł swą kuszę, wycelował szybko i strzelił w Ariusa. Kirin doskoczył do Abosa i potężnym ciosem znad głowy rozłupał mu czaszkę przepoławiając ciało aż do połowy tułowia.
– Teraz wszystko się zgadza. – Kirin mruknął do Torma spoglądając na targane konwulsjami ciała niedawnych sojuszników. Uśmiechnął się z zadowoleniem i schował miecz w oczekiwaniu na przybycie zbliżających się strażników.
Gdy grupa uzbrojonych gwardzistów dotarła do niego i mogła zobaczyć co się stało był już zatroskanym o losy Milna następcą Ronnera, który wróciwszy z długiej wyprawy przypadkiem natknął się na bandytów mordujących Imperatora.

Rozdział 4

Wydarzenia następnych dni nakreśliły przyszłość Milna na wiele następnych lat: Kirin został rozpoznany jako zaginiony uczeń Ronnera. Nikt nie wiązał go z odpowiedzialnością za śmierć Pabiusa – a może raczej: wielu coś podejrzewało, ale nikt nie widział powodu by się ze swoim zdaniem ujawniać. Po śmierci Imperatora wielu ludzi zaczęło mówić, że niedawno zmarły władca był zbyt okrutny i może kto inny będzie lepszy. Zwykli mieszkańcy Milna liczyli, że Kirin przejmie władzę i zapewni im bezpieczną przyszłość. Sam Dan Marvius myślał tak samo, zwłaszcza, że oficjalnie nikt inny nie zgłaszał pretensji do władzy. Urządził zabitemu władcy uroczysty pogrzeb podkreślając odwagę i praworządność, które „niestety doprowadziły ukochanego przywódcę do śmierci”. Ciało Pabiusa zostało złożone w grobowcu władców, w krypcie tuż obok krypty Dan Mazoga. Zaraz po pogrzebie korzystając faktu, że przybyli na niego tłumnie niemal wszyscy mieszkańcy miasta wygłosił przemówienie, w którym ogłosił siebie nowym Imperatorem Milna, następcą Ronnera i Pabiusa. Dawni poplecznicy Pabiusa nie reagowali. Prawdopodobnie byli zagubieni po śmierci swego mentora, który samemu podejmował wszystkie decyzje. Kirin skrzętnie to wykorzystał i już w pierwszym roku rządów zdołał doprowadzić do śmierci większość z nich. Reszta zdecydowała się podporządkować lub opuściła miasto.
Kirin okazał się być dobrym i skutecznym władcą: szanowany przez mieszkańców dbał o jak najlepsze warunki do rozwoju. Nie był okrutny, jeśli było to tylko możliwe starał się możliwie sprawiedliwie osądzać swych poddanych.
Torm uzyskał stanowisko przywódcy gwardii przybocznej Kirina i stał się najbardziej zaufanym przyjacielem i doradcą Kirina. W ciągu kilkudziesięciu lat swej służby udaremnił kilka zamachów na życie Imperatora. Wszystkie pozbawione poparcia ludności i właściwego przygotowania były skazane na klęskę. Zamachowcy i spiskowcy nie byli karani łaskawie co zniechęcało innych do choćby rozmyślania nad możliwością odebrania władzy Dan Marviusowi. Zanosiło się, że Imperator Kirin trzymać będzie Milno w swym żelaznym uścisku do końca swoich dni. Co do słów Pabiusa wypowiedzianych chwilę przed śmiercią – Kirinowi nie udało się znaleźć ani jednego dowodu potwierdzającego ani negującego prawdziwość jego słów. Musiał pogodzić się z tym, że nigdy nie pozna prawdy.
W osiemnastym roku sprawowania władzy Kirin znalazł w końcu osobę posiadającą cechy niezbędne do stania się jego uczniem. Tą osobą był dwunastoletni Tomius –
syn samotnie wychowywany przez skorumpowanego strażnika Darena. Kirin samemu nadzorował śledztwo wobec strażnika-przestępcy a po zebraniu odpowiedniej ilości
dowodów przybył do niego by go zaaresztować. Strażnik opierał się, więc Kirin zmuszony był po krótkiej walce osobiście go zabić. Po tragicznej śmierci
Darena Kirin zaopiekował się Tomiusem, co wpłynęło na utrwalenie jego wizerunku miłosiernego władcy. „Zaopiekował się synem przestępcy. Jest sprawiedliwy i nie ocenia innych według miary innej niż ich własne czyny.” mówiono. Dan Marvius przyjął Tomiusa na swego ucznia i nadał mu imię Dan Udan. Przez kolejnych dziesięć lat rządził spokojnie nie napotykając na żadne większe trudności. Do czasu.
Dwudziestego dziewiątego roku swoich rządów Kirin zaczął odczuwać niemożliwy do uzasadnienia niepokój. Strażnicy zdawali się szeptać między sobą częściej niż zwykle, a w obecności władcy od razu milkli. Może były to zwykłe rozmowy, które jak wiadomo są w ogóle zabronione strażnikom na służbie. Może wcześniej Imperator po prostu nie zwracał na takie detale uwagi. W każdym razie zrobił się czujny i podejrzliwy. Wkrótce zaczął zauważać także, że większość strażników, z Tormem na czele, zachowuje się jeszcze bardziej usłużnie względem niego. Dodatkowo jeden z jego prywatnych zaufanych informatorów stwierdził, że udało mu się podsłuchać rozmowę, w której dwóch znacznej rangi dostojników uzgadniało „spotkanie pojutrze, gdy już będzie po wszystkim”.
Imperator na podstawie tego i mniej znacznych poszlak stwierdził, że kolejna, lecz znacznie groźniejsza od wszystkich poprzednich, próba zamachu jest nieunikniona. Nie zamierzał jej zapobiegać ani nawet ujawniać nikomu ze straży swych podejrzeń. Dążył do bezpośredniej konfrontacji ze spiskowcami.
Liczył na ich ujawnienie się, co pozwoliłoby zlikwidować wszystkich przeciwników i zagwarantować bezpieczeństwo rządów sobie a później Dan Udanowi.

* * *

Po zmroku w przeddzień spodziewanego zamachu zawołał do swej komnaty Tomiusa i pokrótce wyjaśnił sytuację. Zdaniem Imperatora Dan Udan był poza wszelkimi podejrzeniami.
– Dan Udanie, mój uczniu. – zaczął Kirin – Nad naszymi głowami zbierają się ciemne chmury. Wkrótce dojdzie do konfrontacji, do której nie jesteś jeszcze gotowy. Zarówno ty jak i ja pozostając w mieście narażamy się na wielkie niebezpieczeństwo. Muszę mieć pewność, że będziesz bezpieczny. Masz przyrzec, że wykonasz mój rozkaz i nie sprzeciwisz się mu bez względu na sytuację.
– Zrobię wszystko czego zażądasz, mistrzu. Czy skoro ryzyko jest tak wielkie… znaczy to, że opuścimy Milno?
– Nie. Ty je opuścisz. Jesteś zbyt cenny, aby dać się zabić, a twoje szkolenie nie zostało w pełni zakończone, więc nie byłbyś w stanie się obronić.
– Mistrzu! Pozwól mi tu pozostać. Jestem gotów stać u twego boku do samego końca! – odrzekł z zawziętością Tomius.
– Nie mogę pozwolić, aby w razie mojej śmierci Milno zostało bez prawowitego przywódcy. Weźmiesz najpotrzebniejsze rzeczy, przygotujesz się do długiej podróży i odejdziesz. Może do Woloan? Ja nie powinienem tego wiedzieć, aby przypadkiem cię nie zdradzić. Jeśli uda mi się odkryć i pozabijać zamachowców to wrócisz do miasta. Jeśli nie: jeśli usłyszysz wieści o mojej śmierci to nie wierz w żadne zapewnienia i trzymaj się od tego miasta z daleka. Nie wracaj tutaj dopóki nie będziesz miał pewności, że jesteś wystarczająco silny aby samemu wydrzeć władzę uzurpatorowi. Ponadto nim tu wrócisz wyszkolisz ucznia, aby mieć pewność, że wiedza Dan
Mazoga i moja nie zginie wraz z tobą. Przyrzekasz, że tak zrobisz?
– Tak, mój mistrzu.
– A teraz odejdź. Musisz niezauważony opuścić miasto przed świtem.
– Tak jest, mistrzu. – Dan Udan ukłonił się i opuścił komnatę.

* * *

Nazajutrz po Tomiusie nie było nawet śladu. Imperator mógł tylko mieć nadzieję, że spiskowcy nie zdołali go dopaść i jest już bezpieczny. Sam nie miał już czasu na zaprzątanie sobie nim głowy.
Po kilku godzinach porannych medytacji i wykonywania swoich zwyczajowych obowiązków Dan Marvius skierował się do Sali Tronowej. Raz do roku orzekał tam osobiście kilka wyroków w sprawach między mieszkańcami. Traf lub czyjeś raczej czyjś plan chciał, że właśnie jeden z takich dni miał być datą zamachu. Imperator wchodząc do sali nie zdziwił się słysząc, że jeden z gwardzistów pełniących straż przy drzwiach do Sali Tronowej złamał nogę przez co jego posterunek zajął kto inny. „Ten ranny opierał się lub został uznany za niegodnego zaufania, a ten którego nie znam musi sprzyjać spiskowcom”, pomyślał Kirin. Rozsądzanie trzech błahych spraw między obywatelami Imperium zajęło władcy czas do wieczora. „Gdybym ja miał równie proste problemy co oni. Kradzież marchewek z pola, zwłoka z oddaniem pożyczonych narzędzi… też mi coś. No i mają kogoś, kogo mogą poprosić o decyzję, którą bez względu na wszystko uznają za sprawiedliwą. O moim sukcesie zadecyduje tylko siła, spryt i determinacja. Okazuje się, że idea sprawiedliwości istnieje tylko w umysłach ludzi, którzy widzą ją w oddali niczym szczyt górski.” pomyślał Imperator gdy strażnik odprowadzał ostatnią parę sądzących się mieszkańców. Zdążył już zapaść mrok, świece dając skąpe światło sprawiały, że większość sali pozostawała w półmroku.
Imperator rozkazał jednemu ze strażników przyprowadzić Torma, dowódcę gwardii. Po chwili goniec wrócił z informacją, że Torm wkrótce przybędzie. Słysząc to Kirin odprawił wszelkie straże i zasiadł spokojnie na tronie czekając na przybycie podwładnego.

Ten przybył niebawem. Odziany jak zwykle w lekki skórzany pancerz i nałożoną na to bawełnianą kamizelkę oraz ciężkie buty, z mieczem przy pasie. Co ważne: sprawiał wrażenie nerwowego. Jakkolwiek Imperator miał jeszcze wątpliwości czy współpracuje on z zamachowcami to rzut oka na postać dowódcy gwardii rozwiał jego wątpliwości: „Torm na pewno bierze udział w spisku”.
Kirin trzymając ręce na podłokietnikach tronu ze spokojem przyglądał się Tormowi. Ten podszedł na kilka kroków przed oblicze władcy, pokłonił się i rzekł:
– Imperatorze, panie mój, czemu mnie wzywasz? – w jego głosie słychać było skrzętnie ukrywane napięcie – Gdzie się podziały straże? Twoje bez… bezpieczeństwo.
– Nie musisz udawać. Wiem o wszystkim. – odpowiedział spokojnie – Nie wiem co prawda kto jest przywódcą, bo ty zdajesz się być na to zbyt głupi, ale dowiem się tego już wkrótce…
– Ty nadęty głupcze! Właśnie, że ja jestem pomysłodawcą i przywódcą całej tej grupy! Myślałeś, że do końca życia będę się tobie wysługiwać nie słysząc zsa to nawet podziękowania? Należy mi się coś więcej! Narażałem się by zdobyć dla ciebie władzę na równi z tobą, a zawsze byłem drugą osobą w Imperium. Od czasu gdy znalazłeś ucznia: trzecią! Na początku liczyłem, że służąc ci wiernie zasłużę na tytuł następcy tronu i przynajmniej pod koniec życia zaznam korzyści płynących z bycia władcą. Mogłeś mieć we mnie oddanego sługę, ale twoja głupota…!
– Nie unoś się tak. Krzykami nie udowodnisz, że masz rację. – przerwał mu Imperator.
– … Ty przygarnąłeś i namaściłeś na swego następcę tego młodego wyrzutka. Rozumiesz? Nie oddał ci nawet dziesiątej… nawet setnej części zasług, jakie ja oddałem tobie. A ty uznałeś go za kogoś ważniejszego ode mnie. Za swą pychę musisz zostać ukarany.
– Czym innym jest posiadać prawo służenia Imperatorowi a czym innym wyobrażać sobie, że jest się mu równym. Nie próbuj uciekać, nic ci to nie da.
– Czy ty, do cholery, żartujesz?! Mam po swojej stronie wszystkich strażników. Błagaj o litość, a być może ujdziesz z życiem i zostaniesz jedynie wygnany!
– Powiedz mi, gdzie ty widzisz tych oddanych tobie strażników? Jesteśmy tutaj absolutnie sami. Nikt ci nie pomoże. I dobrze, bo twoja buta i arogancja musi zostać ukarana. – Kirin sięgnął po miecz oparty o tron, błyskawicznie wstał i rzucił się w stronę Torma.
Ten zaskoczony odskoczył w tył spadając ze schodków otaczających podwyższenie na którym sytuowany był tron. Kirin wyhamował i dał przeciwnikowi czas na podniesienie się z ziemi. Ten niezwłocznie wstał jednocześnie wyciągając swój miecz. Dan Marvius odczekał chwilę po czym zaatakował. Już pierwszy cios niemalże wytrącił Tormowi broń z ręki, a kolejne wcale nie były lżejsze. Imperator zadawał ciosy silne i przemyślane. Niewielkim wysiłkiem potrafił atakować tak, że Torm z trudem blokował kolejne uderzenia. Już po chwili widoczna była przepaść pomiędzy umiejętnościami Kirina a Torma, który choć sam był dobrym wojownikiem to nie mógł równać się z Imperatorem. Dowódca gwardii pałacowej z rzadka był w stanie wyprowadzić choćby najsłabszy cios. Gdyby Kirin był cyrklem to nakreśliłby półkole obracając się powoli wokół stojącego w miejscu Torma. Był jednak sobą, więc zamiast rysować posadzkę zadawał kolejne kąśliwe ciosy. Stanął tak, że plecami zwrócony był ku wejściu do sali tronowej.
– I co teraz powiesz, nieudaczniku? – zapytał Kirin ani na chwilę nie przerywając swej kawalkady uderzeń. – Za chwilę zginiesz, a za twoim przykładem pójdą wszyscy, którzy tak chętnie słuchali ciebie wcześniej.
– To jeszcze nie koniec! Tak łatwo ci ze mną nie pójdzie. – odkrzyknął Torm wykonując ruch, jakby chciał rzucić się w przód i wywrócić Imperatora. Ten zgiął kolana by przygotować się na zderzenie z przeciwnikiem, lecz wróg zamiast tego odskoczył w bok. Imperator uznał to za pozbawione logiki działania desperata i już miał odwrócić się w stronę Torma by zadać być może ostatni cios gdy…
Poczuł przeszywający ból w brzuchu.
Zamrugał. Ból nie minął. Zerknął na Torma, który z odległości kilku kroków spoglądał na niego z poczuciem zwycięstwa wypisanym na twarzy. Tego nie zrobił Torm.
Kirin upadł na ziemię. Krew zaczęła obficie płynąć z jego brzucha. Leżąc i dysząc ciężko spojrzał w kierunku wejścia do sali tronowej. Stał tam czterdziestokilkuletni mężczyzna w płaszczu z kapturem. W dłoniach trzymał kuszę wycelowaną w miejsce, gdzie chwilę temu stał Imperator. Następnym co usłyszał Kirin był szyderczy śmiech nowoprzybyłego, który właśnie rzucił kuszę na ziemię i z pustymi dłońmi podszedł do Kirina i Torma.
– Witaj, Kirinie. – powiedział ironicznie przesłodzonym głosem – Miło mi ciebie widzieć, zwłaszcza, że ostatnio nasze spotkanie do przyjemnych, szczególnie dla mnie, nie należało.
Kirin spróbował ponieść głowę znad posadzki, lecz okazało się to być ponad jego siły. Leżał więc w milczeniu słuchając przybysza.
– Tormie, zaraz się tobą zajmę, ale daj chwilę, muszę zdążyć powiedzieć to i owo Dan Marviusowi. – Kirin drgnął słysząc, że przybysz zna imię nadane mu przez mistrza – Zresztą, jak widzisz, nie zostało mu zbyt wiele czasu. – odwrócił się w stronę Imperatora uśmiechając się kpiąco i zaczął mówić:
– Być może mnie nie pamiętasz. Jestem Rostan, uczeń Pabiusa-Dan Zuduna. Pewnie spodziewałeś się, że pakując mnie do więzienia w Woloan pozbyłeś się mnie na zawsze. Niestety, w Woloan wyroki za morderstwo okazują się być zbyt łagodne. Spędziłem w więzieniu dwadzieścia siedem lat. Już wkrótce po uwięzieniu, gdy do mojej celi dotarły wieści o przejęciu władzy w Milnie przez ciebie, domyśliłem się kto mnie tak wymanewrował. Dan Zudun ostrzegał mnie przed tobą. Mówił „niewiele o nim wiem, ale okazał się być sprytny i może być groźny”. Czułem się jednak zbyt pewnie. Miałem przecież jedynie nadzorować wykonanie wyroku na tobie. Ale ostatecznie… zdaje się, że w żaden sposób nie mogłem tej sytuacji zapobiec. To na szczęście już przeszłość. Udało mi się nie zgnić w tym więzieniu, a już niewielka intryga przygotowana z pomocą Torma – w tym momencie skinął z uznaniem głową w kierunku dowódcy straży – pozwoliła mi obalić TEGO Kirina, który ponoć jest tak sprytnym i potężnym władcą. – wybuchnął śmiechem.
– Przykro mi. – kontynuował Rostan – Ty już za kilka minut będziesz martwy a ja zacznę należne mi przecież rządy w Imperium.
– Yyyy… – wtrącił się Torm – Chciałeś chyba powiedzieć, że my zaczniemy. Nie pomagałem ci przecież bezinteresownie.
– Ależ oczywiście. – powiedział przymilnie Rostan – Wspólnie rządzić będą Dan Tamon i Torm, równi sobie przywódcy. Mimo iż nie zostałeś przygotowany przez mojego mistrza do objęcia władzy, to twoje nieocenione zasługi są godne najwyższego szacunku. Gdyby nie twoja skromność i niechęć do pochlebstw… – kontynuował podchodząc do Torma i kładąc mu prawą rękę na ramieniu. – … powiedziałbym nawet, że byłeś osobą, która ryzykowała bardziej i uczyniła znacznie więcej na rzecz obalenia Kirina, za co też powinna należeć ci się władza i wpływy większe niż mnie, bo pomogłem jedynie w kilku krytycznych momentach.
Torm słysząc słowa Rostana zaczął się uśmiechać.
– Tak… prawda. Jestem szczęśliwy, że mogę z tobą współpracować. – powiedział z dumą Torm.
– Widzisz. Ja także się cieszę, że mogłem z tobą współpracować. Radość to coś tak niesamowitego, że dzieląc się nią z innymi mnożymy ją. Władza nie. – powiedział Rostan.
– No tak, ale władzą da się dobrze podzielić, prawda? – powiedział z pełnym nadziei przekonaniem.
– Czy to możliwe? Oczywiście, że się da. Ale teraz wybacz. Czekałem na władzę zbyt długo, by teraz się nią dzielić. – mówiąc ostatnie zdanie błyskawicznie chwycił schowany w rękawie sztylet w lewą dłoń. Pchnął nim Torma w szyję tuż pod rzuchwą mniej więcej tak jak zadaje się cios podbródkowy.
Sztylet przebił skórę i wszedł głęboko w ciało. Uszkodzona tętnica szyjna zaczęła wylewać z siebie potoki ciepłej krwi. Rostan odepchnął od siebie ciało Torma i pozwolił mu się spokojnie
wykrwawiać na twardej, marmurowej posadzce.
– Niech żyje Dan Tomius, nowy Imperator! – powiedział do siebie odwracając się w stronę Kirina. Zamarł.
Kirin zbierając w sobie wszystkie siły jakie w nim pozostały podniósł się ciężko z ziemi, a zdrętwiałymi dłońmi chwycił swój miecz. Nie zwracając uwagi na krew potoki krwi wypływające z rany na brzuchu ruszył i szarpanymi, wykonywanymi z wielkim trudem krokami podszedł do Rostana. Ten zdążył jedynie schylić się i podnieść miecz Torma, gdy spadł na niego pierwszy zaskakująco silny cios.
Sekundę później Kirin ciął po raz kolejny. Rostan zachwiał się, z trudem utrzymał w dłoni miecz, który odskoczył w bok. Imperator machnął mieczem po raz kolejny odcinając przeciwnikowi prawą dłoń trzymającą miecz. Następnie kopniakiem powalił Dan Tamona tak, jak kiedyś postąpił z jego mistrzem. „Historia się powtarza”, pomyślał Kirin, „Byle szybko z nim skończyć i zawołać medyka. Bez przywódców spiskowcy wycofają się ze swoich planów. Żeby tylko… „. Kirin podniósł miecz nad głowę by dobić skulonego, starającego się odpełznąć od niego przeciwnika. Już miał opuścić broń na głowę wroga, gdy ręce odmówiły mu posłuszeństwa. Odetchnął ciężko i zachwiał się. Po kilku sekundach padł bezwładnie na ziemię wypuszczając broń z ręki.
Tulący swą pozbawioną dłoni prawą rękę Rostan dopiero po chwili zauważył, że jego przeciwnik leży w drgawkach na ziemi. Zauważywszy to wstał i podszedł do targanego konwulsjami ciała Imperatora. Był tak zadowolony, że dopiero po chwili przypomniał sobie o swojej odrąbanej dłoni.
– Niech żyje Dan Tomius, nowy Imperator. – powiedział słabo uciskając ranę. Rozejrzał się jeszcze po sali. Spojrzał na tron na podwyższeniu; na Torma z sztyletem w szyi leżącego w ogromnej kałuży krwi; na leżącego już bez ruchu ciało Kirina z dziurą w brzuchu; na kuszę której to bełt pozbawił życia Imperatora…
Odwrócił się i ledwo trzymając na nogach opuścił salę tronową.

avatar
  Subscribe  
Powiadom o