Testament Garretha Wiecznego Łowcy – zawsze portowca

Piszę to w obliczu śmierci, świadom, że mogę z wyprawy nigdy nie powrócić.
Piszę, bo wiem, że istnieje szansa, że nigdy już więcej nie zobaczę mojego
ukochanego Portu Rzemiosł, nigdy więcej nie poczuję zapachu Ori, nigdy więcej nie
zdenerwuję Mysza, nigdy więcej nie zostanę porwany przez Lenę i Bar Akara, nigdy
więcej nie będę się bił z Akarem, nigdy więcej nie zapoluję w Porcie
Rzemiosł, nigdy więcej nie zagram na flecie, pamiątce po Alex, nigdy więcej nie
wystartuję w Turnieju Cechowickim, i go nie wygram 😉 nigdy więcej nie opowiem,
żadnej z historii swojego życia… Chcę, aby mnie pamiętano. Nie jestem postacią
kryształową, jestem nadpobudliwy i łatwo się denerwuję, a co w połączeniu ze
świetnymi zdolnościami walki tworzy dość ryzykowną mieszkankę. No, ale za to
jestem też senny co zwiększa szanse przetrwania tych co mnie denerwują. A jednak
wiele lat byłem kapitanem straży Portu Rzemiosł i byłem z tego dumny. Chyba
nieźle mi szło…

Urodziłem się w Cechowicach w dniu 1405 jeszcze, gdy kierował nimi Berenik, Alvin
i Yarpen pracowali w Zakładach Rzemieślniczych, a Shorswern był kapitanem straży.
Właśnie to ten ostatni mnie przyjął do straży, bo okazało się, że od
urodzenia świetnie władałem bronią wszelkiej maści. Poznałem Alex, później
moją pierwszą żonę. Przenieśliśmy się do Portu Rzemiosł, bo chcieliśmy
ruszyć w świat, żeglować, podróżować, bo byliśmy młodzi i chcieliśmy coś
przeżyć. Jednak w Porcie Rzemiosł powitał nas Abrasax i pokazał piękne miasto.
Alex zajęła się pisaniem wierszy, a ja zostałem tamtejszym strażnikiem. I w ten
sposób trwaliśmy w tamtym miejscu coraz bardziej oddalając od siebie myśl o
podróżowaniu. Było wiele zabaw, rozmów, śpiewów. Były wiersze, nawet o mnie,
był ślub Alex i Garretha, którzy od tego dnia zwali się Alvine. Była nominacja
na kapitana straży, było szkolenie innych strażników, były podróże z Alexa
łódką po zatoce Portu Rzemiosł… Były rozmowy z przyjaciółmi. Później była
też tragedia…

Było porwanie Abrasaxa, była wojna z Cechowicami, była wspólna misja
Czarnogóry, Portu i Wschodnich Wzgórz, mająca na celu uwolnienie go. Byli
niesamowicie odważni i zdeterminowani ludzie, była porażka, był pogrzeb Abrasaxa
w Porcie… Później była organizacja „Spisek”, zawiązana przeze mnie, Bjotę,
Mikusa i wielu, wielu innych, mająca na celu zabicie Yarpena i Alvina. Była
śpiączka Alex, było moje przeczucie, że coś się dzieje złego… Później
było kierowanie Portem Rzemiosł przez Bjotę, było wycofanie się jej i kolejnych,
ze Spisku, była śmierć Loca – zawsze chcącemu, tak jak ja pomścić Abrasaxa,
była moja żegluga do Zatoki Urodaju, był Turniej Cechowicki, gdzie nikt nie
przeciągnął więcej surowców niż ja i nie uderzył mocniej niż ja. Później
znów były tragedie…

Była informacja o śmierci Alex, była informacja o porwaniu Bjoty. Był mój
powrót z Turnieju… Był pogrzeb Bjoty, był pogrzeb Alex. Była utrata chęci do
życia, myśli samobójcze, był ponad rok spędzony w Mauzoleum obok ciała
Alex…Była rozpacz, już nie po Alex, bo to odżałowałem, ale ropacz nad samym
sobą, nad poczuciem beznadziei, nad tym, że nei wypełniałem swoich obowiązków –
Abrasax i Bjota zginęli przez przestępczość, której jako kapitan straży miałem
zapobiegać. Były dołujące rozmowy z Mikusem Foramerem, przyjacielem, w Mauzoleum
– on też stracił wtedy swoją żonę. I była nadzieja, promyk światła w
ciemnościach mauzoleum i w ciemnościach myśli… Była dwudziestolatka chcąca
poznać historię Portu… Była Ori.

Po wielu perturbacjach zbliżyliśmy się do siebie i zakochaliśmy się w sobie.
Ona zdecydowanie szybciej we mnie niż ja w niej. Jej żywiołowość mnie
fascynowała. Ja czułem się zgrzybiałym dziadem, a przy niej znów stawałem się
młodym i silnym mężczyzną. To mnie zgubiło… Pojechałem do Cechowic i
wyzwałem Yarpena pojedynek łudząc się, że odwieczny tchórz stanie do walki.
Tylko się ośmieszyłem i zraziłem do siebie wspaniałe dziewczyny z Cechowic
kierujące osadą. Właśnie to mnie zabolało najbardziej – ich późniejsza
niechęć do mnie, na którą zasłużyłem. Z tego miejsca je przepraszam…
Marlo… Lucynko. Przepraszam…

Był powrót do Portu, była znów utrata pomysłu na życie, poczucie
niespełnionej misji. Beznadziei. I była znów Ori, i był pomysł budowy własnej
łodzi w celu ścigania piratów. Były próby zdobycia surowców na żagle, maszty,
radio… Zakończone sukcesem. „Wieczny łowca” było gotowy, miał maszt, dwa żagle
i radio. No i była akcja…

Pościg za „Białą Mgiełką Rozkoszy Cielesnych” też był… To pływająca
forteca. Stoimy za Kinderwardem, prawie dokładnie na południe o plaży łez.
Przegrupowujemy się. Kiedy mnie nie było na pokładzie, bo sprawdzałem
możliwość dokowania do pirackiej łodzi, oni trzy razy nas uderzyli. Berny jest
mocno ranny, Molka ranna i przerażona, a Ori wściekła na mnie i na nich.
Przypłynął Jezuson z Raulem. Przechodzimy na ich slupa i zaraz ruszamy do
ataku… Płyną łodzie z Zatoki Urodzaju.

Jeżeli zginę – wszystko co mam niech trafi do Ori – tylko ona wie jak tym
zadysponować. Ciało chcę, by zostało złożone w Mauzoleum, jeżeli jestem
godzien znalezienia się tam, ale o tym niech Mysz i portowcy zdecydują. Tylko w
nowym grobowcu. Nie w grobowcu Alex i Garretha Alvine, ale w grobowcu Garretha
Wiecznego Łowcy, bo odkąd znam Ori Garreth Alvine nie żyje… Jest tylko wieczny
tułacz, wieczny łowca, wieczny maruda i wieczny śpioch. I wieczny portowiec.

Jeżeli i Ori zginie – pochowajcie nas razem. Wszystko co mam niechaj zostanie
portowe. Tylko niech „Wieczny łowca” pływa po morzach z misją do jakiej został
stworzony i wyekwipowany…

Podpisano

Garreth Wieczny Łowca
Mąż Orijaene Mox
Zawsze portowiec

Dzień 2030, gdzieś na południe od Plaży Łez, na deskach „Wiecznego łowcy”

avatar
  Subscribe  
Powiadom o